Znajdujesz się tutaj: Blog Japonia 2012. 日本へようこそ!
 
 

Japonia 2012. 日本へようこそ!

gejszaEnoshima. 16 października 2012.

Nie da się ukryć, że zbliżamy się nieuchronnie do końca wyprawy. Ostatni wspólny dzień spędziliśmy na wyspie szczęśliwych bogów - Enoshimi - nad oceanem, niespiesznie, słonecznie. Były gorące źródła, Akwarium, zakupy pamiątek, świątynie, fale, lunch w restauracji z widokiem na bezkres wody, kąpiel w morzu, spacery po wulkanicznym czarnym piasku, a na sam koniec dnia, tuż po zachodznie słońca, pokazała nam się na pożegnanie Fuji-san. Jutro dzień wolny w Tokio na wszelkiego rodzaju dodatkowe atrakcje, a potem już tylko kilkanaście godzin lotu i będziemy z powrotem w swoich codziennych miejscach. Sapporo chyba jednak trzeba odłożyć na następny raz ;-). W pociągu wieczornym do Tokio Aga swierdziła, patrząc na garniturowy tłum pracowników wracających do domów: wygladają, jakby z pogrzebu wszyscy wracali. I tak to jest na tym świecie...

 

gejszaHiroshima - Miyajima - Tokio. 15 października 2012.

Hiroshima, na pierwszy rzut oka może i nie robi piorunującego wrażenia, ale kiedy spojrzeć na nią z perspektywy ostatnich 60 lat - jest miastem niezwykłym. Trudno wymagać od tego miasta starych zabytków, drewnianej zabudowy z czasów Edo, cichych uliczek i porośniętych wierzbami kanałów. Wszak nie dalej, jak w 1945 pewien Little Boy, którego podarowali Japonii Amerykanie, zmiótł z powierzchni ziemi nie tylko całe miasto ale i dziesiątki tysięcy ludzkich istnień. Współczesna Hiroshima tętni życiem, zielenią i neonowym światłem. Ludzie żyją tu tak, jakby życie nigdy nikomu nie zostało tu nagle odebrane. Szkolne wycieczki odwiedzają Park Pokoju i muzeum poświęcone bombie atomowej zrzuconej na Hiroshimę oraz światowym nuklearnym zbrojeniom tak samo obowiązkowo, jak polskie dzieci odwiedzają Auschwitz. Te japońskie przed Pomnikiem Pokoju ściągają grzecznie jednakowe żółte czapeczki, stoją w milczeniu z pochylonymi głowami. Wieszają sznury papierowych żurawii origami by upamiętnić postać małej Sadako, dziewczynki, która, zanim zmarła w skutek napromieniowania, składała w szpitalu takie właśnie żurawie wierząc, że 1000 ptaków ocali ją od śmierci. Świat toczy się dalej swoim rytmem, niewzruszenie, uparcie. Ważne by pamiętać. Ważne, by więcej nie dopuścić do takich sytuacji. W Parku Pokoju płonie ogień, który zgaśnie w dniu, w którym wszystkie kraje świata, co do jednego, zakończą zbrojenia i próby z bronią nuklearną. Czy zgaśnie kiedykolwiek? Oby. Obyśmy zmądrzeli zanim będzie na to za późno. Patrząc na Hiroshimę w piękny, słoneczny dzień trudno uwierzyć, że ledwie 67 lat temu nie było tu zupełnie nic...

Miyajima, nazywana Wyspą Świątyń, to jedno z moich ulubionych miejsc w Japonii. Tu znajduje się potężna brama tori, która w czasie przypływu stoi po kolana w wodzie, a podczas odpływu pozwala podejść do swoich stóp. Brama strzeże wejścia do świątyni Itsukushima, która także, przy wysokiej wodzie, sprawia wrażenie unoszącej się na jej powierzchni. Po spacerowym deptaku poza kilkoma gajdzinami i tłumnymi japońskimi wycieczkami szkolnymi, przechadzają się leniwie jelonki, polujące na jakiekolwiek pożywienie, nieostrożnie wyjmowane z toreb przez turystów. Najbardziej niezwykła i energetyczna jest buddyjska świątynia Daishoin. Położona trochę na uboczu jakoś opiera się turystycznej fali - tu spotkać można pojedynczych buddystów, mrukliwego mnicha i święty spokój. W krzakach siedzą pochowane kamienne figurki rozmaitych rozmiarów - bogowie, boginie, wcielenia Buddy, uczniowie Buddy a nawet przenajświętrzy rakun. Bo jak się okazuje w japońskich wierzeniach szop pracz, zwany popularnie rakunem, jest uważany za dobry omen, zwierzę wręcz upragnione, odpowiedzialne za dobrobyt, rozmnożenie i rodzinne powodzenie. Taki przenajświętszy rakun przedstawiany jest zazwyczaj z opasłym brzuchem, beczką sake i dużymi jądrami, mającymi świadczyć o płodności. Morał z tej historii jest taki, że można by zrobić niezły biznes na eksporcie kanadyjskich rakunów do Japonii... Albo przehandlować rakuny za shinkansena. Odcinek z Hiroshimy do Tokio (ok 800 km), nie wliczając dwudziestominutowej przesiadki w Osace, przebyliśmy w 4,5h. W ten sposób wróciliśmy do stolicy.Jakże przyjemne mogłoby być podróżowanie z Toronto do Vancouver takim pociągiem. Albo jeszcze lepiej - Hikari na trasie TOkio - TOronto. Powrót do domu mógły wtedy być naprawdę przyjemny!

 

gejszaOkayama - Kurashiki - Hiroshima. 14 października 2012.

Podobno idzie tajfun. W Tokio ma być koło osiemnastego, jest więc jakaś szansa, że mu umkniemy. Choć z drugiej strony fajnie by było zobaczyć tajfun. Trzęsienie ziemi (takie ledwo co i bardzo krótkie, acz wyczuwalne), które o piątej nad ranem zdarzyło się w Tokio pierwszej nocy naszego pobytu w Japonii, przespałam... Póki co do stolicy mamy kawał drogi, bo dziś osiągnęliśmy skrajnie zachodni punkt na trasie naszej podróży - Hiroshimę. Niedzielny poranek zaczęliśmy nie, jakby się mogło wydawać, od świątyń, a od ogrodu - jednego z trzech najpiękniejszych w całym kraju - Koraku-en w Okayamie. Trafiliśmy na japoński ślub i ogrodowy, niedzielny teatr no, a takie ponadprogramowe, losowe atrakcje zawsze dodają smaku i kolorytu. W harmonii, spokoju i ascezie japońskich ogrodów jest coś transcendentalnego. Można tu spędzić wieczność patrząc w jeden punkt - kamień, pagodę, drzewo czy rybę. Ogród został stworzony jako uzupełnienie Zamku Wron - drugiego po Matsumoto w Nagano czarnego zamku, inne bowiem zawsze malowano na biało. W Kurashiki, niewielkim miasteczku oddalonym o piętnaście minut jazdy od Okayamy, czas nam się rozpłynął w prześlicznych uliczkach starówki, pamiętających czasy Edo. Kurashiki kiedyś było ważnym ośrodkiem eksportującym ryż, znajdowały się tu ogromne spichlerze, kanałami transportowano ziarno do portu, a stąd dalej w świat. Dziś produkuje się tu tekstylia, głównie jeans, a stara część miasta słynie z galerii sprzedających dzieła najlepszych japońskich artystów i niezwykłej atmosfery. Pod wieczór shinkansenem sakura dotarliśmy do Hiroshimy. Przy wspólnej kolacji próbowaliśmy poszerzyć japońskie słownictwo. Wiemy już, że ohaio znaczy dzień dobry mówione rano, konichiwa dzień dobry mówione po południu, że kampai! to na zdrowie!, arigato gozaimaaaas to wszędobylskie dziękuję (to akurat myli się z aligatorem i awiatorem), ale i tak nasze ulubione to daj dziobu deska (pisownia jest na pewno inna, ale o wymowę tu chodzi) co stanowi pytanie: czy wszystko w porządku? I w ten sposób japoński okazuje się zupełnie przyjaznym językiem. Przynajmniej hipotetycznie, bo już same liczebniki sprawiają, że włosy dęba stają. Otóż liczebniki zależą nie tylko od ilości, na co wskazywałaby logika, ale także od charakteru określanego przedmiotu - jego wagi, kształtu, wielkości, rodzaju, żywotności i tak dalej. Ponoć, by umieć czytać po japońsku trzeba się ciężko uczyć przez minimum 10 lat... ech... dobrze, że przetłumaczono Haruki Murakami na angielski i polski :). A na kolację były okonomiyaki, specjalność Hiroshimy i Osaki, nazywane japońską pizza lub japońskimi naleśnikami, a nie mające oczywiście ani z jednym ani z drugim absulotnie nic wspólnego. Za to przygotowywane są na oczach klientów, można więc łatwo podpatrzeć proces ich przyrządzania. Do okonomiyaków jeszcze birru i do spania. Sayonara.

 

gejszaNara. 13 października 2012.

W powietrzu powoli zaczyna się wyczuwać jesień. Tu przychodzi później niż do Algonquin czy w Beskidy, drzewa wciąż jeszcze świeże, żadnej rdzy, klonowego ognia, poranki i wieczory chłodniejsze, ale dni, takie jak ten dzisiejszy, temperaturami wciąż kurczowo trzymają się schyłku lata. W Nara, niecałą godzinę drogi od Kioto, na głównej ulicy prowadzącej ze stacji JR do Parku Nara, powtykano w uliczne latarnie sztuczne, jesienne liście. Pewnie za tydzień-dwa wszystkie okoliczne lasy zaczną płonąć. Tymczasem słońce i błękit - idealne warunki do spaceru po mieście, w którym, w obrębie przyświątynnego parku, żyje ponad 1500 danieli. Zwierzęta nie boją się ludzi, wręcz przeciwnie, podchodzą całkiem blisko czekając na pożywienie. W Japonii nawet tak prozaiczna sprawa jak dokarmianie zwierząt została mądrze uregulowana. Nikt nie karmi danieli starym chlebem albo resztkami ciastek - w parku za 150Y kupuje się specjalnie wytwarzane dla nich wafle. Mariusz stwierdził, że niezbyt smaczne. Niektóre daniele po otrzymaniu wafla kłaniają się w pas po japońsku. Naprawdę. Potrafią się pięknie kłaniać. Najważniejszym miejscem w Nara jest Todai-ji - centrum japońskiego buddyzmu. Świątynia jest potężna - wpisano ją na listę Dziedzictwa Narodowego UNESO, jako największy na świecie drewniany budynek. Pierwotnie świątynia była większa o 1/3, a budowę jej ukończono w 752r. Ma imponujące 1260 lat, tyle że obecna budowla pochodzi z roku 1709, kiedy ukończono rekonstrukcję po kilku pożarach. W Todai-ji mieszka największy na świecie, odlany z brązu, Budda - Daibutsu. Ma 16,2 metra wysokości. To on właśnie, a właściwie buddyjska sekta, która zbudowała cały kompleks w VIII wieku, przyczyniła się do utracenia przez Narę pozycji stolicy Japonii. Heijō-kyō, bo tak nazywano Narę w tamtych czasach, była stolicą jedyne 74 lata kiedy to, z obawy przed siłą buddyzmu, cesarz przeniósł się do Kioto. Swoją drogą - podróżując po świecie, czy jest to Europa, Azja czy Ameryka Południowa (ta ostatnia mniej, ale jednak) odwiedza się mnóstwo świątyń różnorakich wyznań. Nie pierwszy raz pojawia się konstatacja, że to dla bogów ludzie na przestrzeni wieków wznosili najpiękniejsze i najpotężniejsze budowle. A przecież i tak najsilniejszym bogiem świata jest pieniądz. Nawet tu, przy każdej świątyni buddyjskiej, pagodzie, czy chramie shinto musi stać mała budka z dewocjonaliami na sprzedaż, turystycznym szajsem, lodami, napojami i wszystkimi innymi rzeczami, bez których z jakiegoś powodu współczesny człowiek nie może się obejść. Gdzie turysta tam pieniądz, gdzie pieniądz tam siła i tak dalej... a przy pieniądzach będąc - ze spokojnej, miejscami nawet i mistycznej Nary, wróciliśmy do Kioto na lokalny targ polować na japońskie pamiątki. Czyli wszystko w normie:-).

 

gejszaKioto. 12 października 2012.

Zwiedzanie Kioto, miasta, które przed zagładą atomową w 1945 uratowały chmury, zwiedzać zaczęliśmy od jednej z najbardziej magicznych świątyń w całej Japonii - Fushimi Inari. Poświęcona kultowi boginii Inari, patronki wszelkich interesów i relacji biznesowych, a wcześniej - boginii ryżu - otoczona jest setkami pomarańczowych bram tori, z których każda ufundowana została przez jakąś japońską firmę lub korporację. Z intencją polepszenia prosperity oczywiście. Świątyni strzegą lisy, a pasaże z bram tori ciągną się przez pobliskie wzgórza ponad czterokilometrową trasą. Jest też dziwny kamień, który odpowiada na pytania. Należy pomyśleć życzenie, wrzucić monetę (nawet tu, w Japonii, która przez 400 lat żyła w absolutnej izolacji od świata zewnętrznego, nie ma spełnionej modlitwy bez datku...), podejść i podnieść kamień. Jeśli uda się to z łatwością - życzenie się spełni, a jeśli kamienia nie możemy dźwignąć - nie ziści się nigdy. Rzecz w tym, że to cały czas ten sam kamień o tym samym ciężarze. Żadnych tricków, sztuczek, pułapek. I działa. Naprawdę. Zupełnie inna, a równie imponująca okazała się Kinkaku-ji - Świątynia Złotego Pawilonu, opanowana niestety przez dzikie hordy japońskich dzieci ze szkolnych wycieczek. Widzieliśmy także zamek shogunów Ninjo-jo ze śpiewającymi podłogami i pięknym ogrodem, a na koniec położoną na Higashiyama-ku, buddyjską świątynię czystej wody Kiyomizu-dera. Ta, choć częściowo w remoncie, wciąż robi ogromne wrażenie - jest starsza niż samo Kioto, budowę jej zaczęto w V wieku. Spacerując po wąskich uliczkach w pobliżu Kiyomizu-dera znalazłam Daruma - figurkę, o której opowiadała nam wcześniej przewodniczka. Daruma to wcielenie Buddy, okrągła kształtem istota, która przewrócona zawsze wstaje, a przy tym - nie ma oczu. Japończycy ofiarują sobie Darumę z okazji Nowego Roku, kiedy robi się noworoczne postanowienia. Ma pomóc w dotrzymaniu danego samemu sobie słowa. Sprawa jest stosunkowo prosta: wyznacza się sobie jakieś zadanie czy zobowiązanie na kolejny rok i maluje Darumie jedno oko. Jeśli pod koniec roku postanowienie zostało spełnione, dorysowuje się drugie i spala figurkę w świątyni. Co w sytuacji niedotrzymania słowa? Nie wiem. Pewnie ma się potem w domu na półce jednookiego Darumę wańkę-wstańkę, który uparcie przypomina nam o naszych niedoskonałościach... Są też inne wierzenia związane z obchodami Nowego Roku - bardzo ważny jest na przykład noworoczny sen. Jeśli przyśni nam się góra Fudżi, bakłażan lub jastrząb bedziemy mieć niezmącone szczęście przez cały rok. Fakt, śnią mi się czasem zupełnie pokręcone rzeczy, ale bakłażan? Wieczór zastał nas w dzielnicy gejsz Gion. Spektakl w Geisha Corner uznać należałoby za ciekawy kulturowo, ale na pewno nie porywający. Na ostatnich nogach przeszliśmy fragment wąziutkiej, uroczej uliczki Pontocho, oświetlonej restauracyjnymi lampionami. A jutro Nara. No, to nara.

 

gejszaKanazawa. 11 października 2012.

Udało nam się opuścić miasto przed największym porannym natężeniem ruchu. Nowy Jork w porównaniu z Tokio, to dziura zabita dechami. Podróż do Kanazawy zajęła nam dłuższą chwilę, przejechaliśmy całe Honsiu z południowego-wschodu na północny-zachód przez Alpy Japońskie do Nagaoki i potem w górę, wzdłuż morskiego wybrzeża. Nie tylko ja, jak się okazało, mam ten pociąg do pociągów. Są dwa kraje, po których podróżuje się rewelacyjnie - Japonia (i jej superszybkie shinkanseny) i Argentyna (z dwupiętrowymi autobusami dalekobieżnymi, z których każdy ma ledwie 28 miejsc i serwis jak w samolocie). Będąc w drodze (czy to z Tokio do Hiroshimy czy z Buenos Aires do Mendozy) chce się człowiekowi tak jechać i jechać w nieskończoność. Kontemplować świat za oknem. Trwać. Kanazawa, jako jedno z niewielu miast w Japonii, nie ucierpiała podczas II Wojny Światowej. Zachowały się historyczne dzielnice gejsz i samurajów, potężny zamek i przepiękne ogrody Kenroku-en, uważane za jedne z trzech najbardziej imponujących w całej Japonii. Ten w Kanazawie powstał w oparciu o skomplikowaną, głęboko filozoficzną chińską ideę bazującą na sześciu elementach: przestrzenności, odosobnienia, artyzmu, starożytności, wody i pejzażu. W Kenroku-en można by organizować dwudniowe plenery fotograficzne i wciąż tematów byłoby nadto. Po zmierzchu dzielnica samurajów nabrała tajemniczego klimatu, wąskie uliczki lśniły po gwałtownym, ulewnym deszczu, a i tak najwiekszą radość wzbudził pobliski sklep Pan Brothers, sprzedający świeże pieczywo i drożdżówki przypominające te rodzime. Jutro ruszamy na Kioto. I choć wiem, że nie chwali się dnia przed zachodem słońca, znów potwierdza się reguła, że zawsze trafiają mi się fajne grupy. So far, so good. A tyle jeszcze piękna przed nami...

 

gejszaHakone. 10 października 2012.

Fudżi jest nie tylko najbardziej znanym symbolem Japonii - jest jej najwyższym szczytem (3776 m. npm) i uosobieniem boskości w shintoizmie. Na rycinach, plakatach, w folderach i reklamach zazwyczaj odcina się wyraźnie od błękitu nieba, pokryta do połowy śniegiem, lekko przesłonięta przez gałązki kwitnącej wiśni na pierwszym planie. W rzeczywistość Fuji-san częściej chowa swe boskie czoło w chmurach. Tkwi w uśpieniu od ponad trzystu lat, a turyści niezmordowanie depczą jej po głowie. Na wulkanicznych stokach przez wieki wyrósł gęsty, złowrogi, cedrowy las Aokigahara, nazywany Morzem Drzew. Podobno kiedy hulają wiatry, korony drzew kołyszą się jak fale. Las jest jednym z trzech miejsc na świecie o największym odsetku samobójstw. Krążą historie o tych, którzy poszli i nie wrócili, a dziwnym polu magnetycznym, które pogłębia depresyjne nastroje i miesza w głowie. I musi być trochę prawdy w tych historiach, bo co roku ekipa wolontariuszy rusza do lasu i wynosi zwłoki tych, którzy postanowili pożegnać się ze światem żywych. Do II Wojny Światowej morski las chował jednak jeszcze mroczniejsze tajemnice - wysyłano tu stare, schorowane, niepotrzebne już nikomu babuleńki, które umierały porzucone w dziwnym lesie. Praktyki te nazywano ubasute. Choć las fascynuje wielu, mało kto ma tak naprawdę odwagę zapuścić się w jego ostępy. Niedługo może zresztą nie być już na to szansy, bo w przypadku każdego aktywnego wulkanu pytać trzeba nie "czy" wybuchnie, ale "kiedy" wybuchnie. Erupcja z 1707 roku spowodowana była potężnym trzęsieniem ziemi, nie powinna więc być zaskakującą informacja podana przez japońskich naukowców we wrześniu tego roku, w której stwierdzono, że tektoniczne ciśnienie w komorze magmy pod wulkanem jest obecnie wyższe niż przed erupcją w latach 1707-08. I że taką sytuację spowodowało trzęsienie ziemi Sendai i tsunami z marca 2011 roku. Kolejną erupcję Fuji-san uważa się więc za wysoce prawdopodobną. Góra plująca ogniem zbyt długo milczy. Nam pokazała się w pełnej krasie, lekko tylko przepasana chmurną krajką. Szacuje się, że w dniu, w którym się obudzi zginie 400 tysięcy ludzi, straty wyniosą 30 miliardów dolarów, a wulkaniczne pyły okryją świat w promieniu 100km. Dziś na szczęście było cicho, w pełnym słońcu przepłynęliśmy historycznym szkunerem przez jezioro Ashi i wyjechaliśmy kolejką linową na sąsiedni wulkan Hakone, który dla odmiany dymi i wydziela siarkowe opary niemal bez przerwy. Z jego zboczy dostarcza się naturalną, gorącą wodę do ryokanów w całym kurorcie. W wodzie także, na miejscu, gotuje się jajka na twardo, nabierające w procesie wulkanicznego gotowania smolistej barwy. Nie tylko kuchenne aspekty świadczą jednak na korzyść posiadania wulkanów... Skarbem, tradycją i czystą przyjemnością są japońskie onseny. Po południu wygrzaliśmy się w termalnej wodzie autentycznego onsenu w Hakone - po trzech dniach intensywnego zwiedzania wszystkim się należało.

Wydawało mi się przez chwilę, że w kolejnym wcieleniu chciałabym był Japonką, ale właściwie już mi przeszło. Im dłużej obserwuję, im więcej słucham, tym bardziej doceniam kulturę, w której wyrosłam. Czemu do lasu u stóp Fudżi wyprowadzano stare kobiety, a mężczyzn nie? Bo przecież to ze starymi kobietami jest zawsze problem. Dlaczego młode japońskie pary kupują idotycznie drogie, małe pieski i wożą je w wózkach na spacer? Bo taniej mieć ujadającego Pikusia niż dziecko. Ciąża i poród nie są w Japonii pokrywane przez ubezpieczenie, bo wszak nie są stanem chorobowym... Za każdą wizytę lekarską słono się płaci, sam poród kosztuje około sześciu tysięcy euro, a urlop macierzyński w ogóle nie istnieje. Japońskie społeczeństwo jest społeczeństwem do imentu patriarchalnym - kobiety, choć coraz częściej się na to decydują, nie powinny pracować. Powinny prowadzić dom, sprzątać i usługiwać mężczyźnie. Wieczorem, gdy kończą się godziny pracy, wszystkie mini bary i mikro restauracje wypełniają się identycznymi Japończykami. Nie ma romantycznych kolacji z żonami, wspólnych wypadów na wieczorne okonomiyaki i kufel asahi. Z jednej strony kultura ta absorbuje, fascynuje i zachwyca, z drugiej - nie pozwala wyjść ze stanu permanentnego zadziwienia. I to jest kolejna rzecz, którą uwielbiam w podróżowaniu - docierać do ludzi i miejsc, których nie potrafię ogarnąć.

 

gejszaTokio - Yokohama. 9 października 2012.

NI w chińskim oznacza słońce. HON miejsce pochodzenia, wiedzę i książkę. Od chińskiego cesarza pochodzi też nazwa Japonii - Nihon - Kraj Wschodzącego Słońca. Nam słońce wschodzi całkiem grzecznie każdego poranka i choć niebo jesienne już i chmurne, deszcz na razie nas oszczędza. Na Tsukiji Market, największym w Japonii targu rybnym, zaopatrują się wszytkie tokijskie restauracje i sporo biznesów gastronomicznych spoza metropolii. Surowych tuńczyków-gigantów, ośmiornic, małż i innych dziwnych morskich stworzeń wprawdzie nie mieliśmy w planie kupować, ale spacerując rano po targu, podjedliśmy na degustacjach różnych rybnych specjałów, łącznie z suszonymi rybimi wiórami, z których robi się bulion stanowiący podstawę większości japońskich potraw. Na Ginzie paniom latały oczy, a panom szybciej szły nogi. Dopiero wieczorem, na Kabukicho okazało się, że na torebkach od Prady czy Gucci japońskie spryciule potrafią zrobić świetny biznes. Kabukicho to neonowa dzielnica rozrywki, którą zarządza głównie Yakuza. Hotele Miłości, Pachinco (obłędnie głośne salony gier), miejsca spotkań i schadzek - najstarszy biznes świata i tu ma się nieźle. I wcale nie został stworzony dla turystów, a dla zaspokojenia potrzeb Japończyków. Kiedy mieszka się z teściową w mieszkaniu wielkości sześciu mat tatami (36m2) trudno o uniesienia i romantyczne chwile, Love Hotels są więc często jedynym rozwiązaniem... Wspomniane torebki kupują swoim przyjaciółkom (po delikatnej sugestii zazwyczaj) zadowoleni klienci. Rano torebka wraca do sklepu (który w rzeczywistości jest sklepem-komisem), dziewczyna dostaje forsę, jakiś tam procent ceny zostawia sobie sklep. Podobny los niestety spotyka szczeniaki sprzedawane (czy też oddawane w komis) rozkapryszonym lolitkom, które naciągnąć na "mały prezent" potrafią niejednego. Psy w Japonii są horrendalnie drogie - za małe, kudłate, pokraczne, szczekające (a potem wożone w wózku spacerowym) cudo trzeba nieraz zapłacić nawet cztery tysiące euro. Zanim jednak dotarliśmy w wieczorny jazgot i feerię świateł Kabukicho, udało nam się uciec od zgiełku miasta, które dziś dopiero pokazało nam swoją prawdziwą, codzienną stronę - rozpędzony tłum, zatłoczone metro, ludzie z grymasem znowu-do-pracy na twarzach. Ogród Sankei-en w Yokohamie był prawie pusty, kiedy dotarliśmy do jego bram. Doładowaliśmy baterie, wzięliśmy udział w ceremonii parzenia zielonej herbaty, a po degustacji zgodnie doszliśmy do wniosku, że smakuje jak zalana wrzątkiem trawa i degustacja sake (przynajmniej w aspektach smakowych) na pewno byłaby dla nas bardziej odpowiednia. Co ciekawe - ceremonia picia herbaty jest w kulturze japońskiej oddaniem wyrazu harmonii i w myśl zasady buddyjskiej jej picie ma zbliżać nas do prawdy o tym, że cieszyć w życiu należy się z drobiazgów, rzeczy normalnych, powszednich, a także, że należy nauczyć się czerpać przyjemność z czynności tak prostych jak spokojne picie herbaty z dobrym przyjacielem. Jak widać, co kraj to obyczaj - my z przyjaciółmi pijamy wszakże zupełnie inne trunki... A przy trunkach będąc - sake po japońsku oznacza każdy alkohol: piwo, wino, whiskey, shōchū - alkohol produkowany ze zbóż i ziemniaków, czyli naszą czystą oraz nihonsu - wino ryżowe, nazywane popularnie sake. Na degustację nihonsu przyjedzie jeszcze czas, na dzień dzisiejszy wiemy, że fanami zielonej, ceremonialnej japońskiej herbaty raczej nie zostaniemy.

Zachwyca mnie idea funkcjonalności z tym kraju. Wszystko ma tu jakieś przeznaczenie, zastosowanie, powód. Czajnik elektryczny jest różnocześnie termosem, pokoje, choć niewielkie, mają wszystko idealnie zorganizowane (łącznie z wmontowaną w ścianę, rozkładaną prasowalnicą), a w sushi barach przy każdym miejscu jest słoiczek z zielonym herbacianym proszkiem i mały kran z wrzątkiem, z których do woli można robić sobie samemu herbatę. I ta smakuje o wiele lepiej od ceremonialnej. Sushi też wyśmienite. Z tych wielkich tuńczyków, które rano widzieliśmy na Tsukiji Market.

 

gejszaTokio. 8 października 2012.

Chyba znaleźliśmy sposób na jet lag. 13 godzin różnicy między Tokio a Toronto potrafi rozregulować organizm najbardziej wytrzymałego podróżnika. Otóż - jet lag trzeba rozchodzić. Pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe, zafundować sobie należy odpowiednią dawkę włóczęgi po mieście (im bardziej zatłoczone tym lepiej, nikt tak jak obcy ludzie nie wyciągnie z nas całej energii). Efekt murowany - o siódmej z minutami, tuż po dobranocce, wszyscy w najlepsze chrapią. We śnie próbują wchłonąć i przyswoić wszystkie obrazy, które tego dnia stanęły im przed oczami. Co będzie dziś śniło się nam? Skośnookie tłumy. Niby małe, bo przecież święto taiiku no hi (nomen omen święto sportu i zdrowia, a nam dziś ruchu nie brakowało) i dzień wolny od pracy, a i tak w masie swej przytłaczające i energożercze. Stacja Shinjuku, największa stacja przesiadkowa świata, przez którą dziennie przepływa 6 milionów ludzi (jak stwierdził Andrzej - w ciągu 5 dni przeszłaby tędy cała Kanada). Trujące ryby fugu, które uważane są w Japonii za rarytas i tylko wyszkoleni kucharze wiedzą jak je wyfiletować. A i tak po ich spożyciu, zdarzają się przypadki śmiertelne. Kosmiczna kolejka do... baru z racuchami w dzielnicy Omotesando. Bo barów takich dookoła sporo, a tylko jeden jest oblegany. Bo jakaś gwiazda w programie telewizyjnym przyznała, że jadła te właśnie racuchy i teraz wszyscy młodzi Japończycy też ich pragną. Bo Japończycy są narodem do tego stopnia niepojętym, że lubią stać w kolejkach. Uwielbiają wręcz. Bez cienia grymasu stoją trzy godziny w kolejce. Bo gwiazda lubi racuchy. Harajuku - dzielnica świrów, buntowników, tych, którym nie podoba się tradycjonalizm, skostnienie, grzeczny zaczes i wielokrotność ukłonów. Baby Dolls, Gothic Dolls, Lolity, miłośnicy gier komputerowych poprzebierani (na co dzień) za swoich ulubionych bohaterów, ich sklepy z kreacjami po 500 euro, ich peruki, sztuczne rzęsy, niekończące się Halloween... Na Harajuku nikogo nie dziwi dziewczynka wyjęta żywcem z bajki o czerwonym kapturku. Japońska odtwórczyni tytułowej roli nie zmierza do studia filmowego, na próbę szkolnego teatru czy na bal przebierańców... Zmierza ona w jakimś zupełnie prozaicznym kierunku - do stacji metra, sklepu lub kawiarni. Ulica Bezdomnych. Bo w Japonii nawet bezdomni są domni. Mieszkają w budkach równiutko zbitych z desek, płyt pilśniowych, blachy i plastiku, obłożonych niebieską, grubą folią. Na drzwiach wieszają tabliczki "welcome", przed drzwiami układają schludnie rozwalające się klapki - na modłę japońską nie wchodzą w butach do "domu". Nie wydzielają przykrych zapachów, bo przy swojej uliczce bezdomnej mają prysznice. Hodują koty i pilnują motorynek zaparkowanych tuż obok. Shotbars Street też będzie nam się dziś śniła. Wąska, maleńka uliczka pełna barów o powierzchni dwóch metrów kwadratowych, gdzie wieczorami stareńkie kobieciny sprzedają wychodzącym z pobliskich biurowców bizmesmenom przekąski w postaci grillowanych ośmiornic i kieliszka sake lub tequilli. Choć taki biznes pozwala im ledwo przeżyć na misce ryżu, otwierają swoje mikro bary codziennie. Bo przecież przyjemnie uciąć sobie wieczorną pogawędkę z jakimś przystojnym młodym wilkiem. To ostatnie lata Shotbars Street. Z właścicielkami mikro barów zniknie stara tradycja, na co czeka pewnie niejeden developer. Tuż obok tętni życiem Shibuya. Dzielnica z najbardziej ruchliwym skrzyżowaniem na świecie i pomnikiem psa Hachico rasy Akita - symbolu oddania i wierności. Nad ranem przyśnią nam się świątynie Meiji Jingu i Asakusa. Shinto i buddyzm zmieszają się w jedno z bogami i bóstawmi, których uczono nas od kołyski. I to też nie będzie stanowiło problemu - w Japonii można wyznawać nawet pięć religii na raz... Zamiast budzika obudzi nas ujadanie psów, które młode japońskie pary wożą w specjalnie przystosowanych wózkach spacerowych, ubierają w gustowne, modne wdzianka i traktują jak własne dzieci. A kiedy obudzimy się nad ranem okaże się, że sen niewiele różni się od rzeczywistości. I że tu, na każdym kroku, spotyka się zjawiska zupełnie niepojęte... Dowody w galerii zdjęć.

 

gejszaTokio. 7 października 2012.

Pani Pawlikowska, która z jakichś zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów uważana jest przez pewne grono za czołową polską podróżniczkę, opowiadała podczas ostatnich targów turystycznych w Warszawie zupełnie idiotyczną historię o kozie. W skrócie: pani Pawlikowska jechała pociągiem w Indonezji. Na torach stała grupka dzieci i koza. Dzieci na nią spojrzały, ona spojrzała na dzieci. Koza na nią spojrzała, ona spojrzała na kozę. Więcej się nie spotkają, ale wymienili energię. Nawet koza wysłała jej coś dobrego. Niestety obawiam się, że pointą tej opowieści nie była istota jeżdżania pociągami, a istota koziej energii. W pewnym stopniu zaś przemieszczanie się koleją jest kwintesencją podróżowania. Od rozmów zupełnie obcych ludzi, przez zawierane znajomości i wymianę doświadczeń, po niezastąpioną atmosferę kolei transsyberyjskiej. Pociąg zawsze był moim ulubionym środkiem komunikacji i na zawsze nim pozostanie. Dziś więc moja pociągowa słabość (pociąg do pociągu?) została zaspokojona - droga z centrum Tokio na lotnisko w Naricie, gdzie odebrałam późnym popołudniem pierwsze trzy podróżniczki z Vancouver - zajęła godzinę w jedną i półtorej w drugą stronę. Pociąg powrotny pełen śpiących Japończyków, nierzadko w pozycjach bardziej przypominających taniec pingwina na szkle niż bujanie w objęciach Morfeusza, Japończyków zahipnotyzowanych przez jarzące się ekraniki iPodów, iPhonów, iPadów i iInnychDziwnychUrządzeń i w końcu - Japończyków pogrążonych w lekturze komiksów, mangi i książek pisanych nie tylko od końca do początku, ale także pionowo i od prawej do lewej. Kozy japońskiej na torach nie było. Nikt nie wysłał żadnej energii. A mimo to obserwacja otoczenia była wystarczająco absorbującym zajęciem. Bez dorabiania ideologii.

 tokio2.12tokyo1.12

Chwilę przed północą dobiła do hotelu reszta grupy, lecąca przez Nowy Jork z Toronto. Jeśli dopadnie nas syndrom bezsenności w Tokio, jutro my będziemy zasypiać w każdym wolnym momencie i każdej możliwej pozycji. Tymczasem szybka regeneracja sił, zielona herbata z maszyny narożnej za 120Y i do spania. A rano w miasto...

 

gejszaKraków - Tokio. 6 października 2012.

Po jedenastu godzinach wylądowałam szczęśliwie na Naricie. Odstałam swoje w kolejce gajdzinów i Wymieniłam JR Pass na ten, który przez najbliższe dwa tygodnie pozwoli mi swobodnie poruszać się pociągami po Japonii. Dziewczyna w Starbucksie tonęła w ukłonach i uśmiechach. I ja utonęłam. Japonia jest inną planetą. Jest niezwykłym mikrokosmosem w całym ziemskim szajsie i plastiku. Ktoś mądrze stwierdził kiedyś, że to, co dziś można zobaczyć w Japonii, w innych miejscach na świecie zobaczy się dopiero jutro. Paryżanki, New Yorkers i londyńskie gwiazdy przy Japonkach - ich kreacjach, fantazji, wyczuciu stylu i smaku - wyglądają jak bure myszy z gracją słonia. Można się spierać, że to wszystko przerysowane, nieprawdziwe i takie za bardzo kawaii ale o gustach się nie dyskutuje ;-). Mój brat zdziwił się kiedyś, że uważamy z Pawłem japońskie kobiety za piękne. Przecież one mają płaskie twarze - powiedział. W naszym mniemaniu Japonki są wśród tych najpiękniejszych - są delikatne, kruche i przypominają kwiaty kwtinącej wiśni...

Od momentu, w którym wylądowałam zdążyłam już wsunać dwa ciasteczka ryżowe z łososiem w Seven Eleven, wypić dwie pokaźne butelki zimnej zielonej herbaty z dostępnych w każdym zaułku automatów, umówić się na rano z naszą przewodniczką, a także zgubić się i odnaleźć w plątaninie ulic. Dzielnica, w której chwilowo się zatrzymałam to dzielnica butów narciarskich, snowboardów, gogli i sprzętu sportowego. Podoba mi się ta tendencja - w Tokio różnego rodzaju artykuły kupuje się dzielnicami, jest nawet taka, która sprzedaje akcesoria dla restauratorów, łącznie z plastikowymi atrapami wszelkich japońskich dań, które można kupić w tutejszych restauracjach. I wcale nie jest to zabieg "pod turystów" tylko pod miejscowych. Japończycy wiedzą, że je się oczami :).

Jutro dzień przyjazdów. Do wieczora wszyscy będą na miejscu. I zaczniemy kolejną, japońską tym razem, przygodę. Na innej planecie.