Znajdujesz się tutaj: Blog Peru - Boliwia - Chile; 29 kwietnia - 21 maja 2013
 
 

Peru - Boliwia - Chile; 29 kwietnia - 21 maja 2013

peruwiańska lama15-20 maja 2013, La Paz – Sucre – Potosi – Uyuni – Salar – Altiplano – San Pedro de Atacama – Calama – Santiago de Chile

Mówią, że aby sprawdzić charakter człowieka należy zabrać go w góry. Metodą bardziej skuteczną jest zabrać człowieka w góry i postawić w sytuacji kryzysowej. Zderzyć z nieprzewidywalnym. Dotknąć Nieznanego.

Ostatnie dni dały mi sporo do myślenia. Z ostatnich dni można by napisać doktorat z psychologii społecznej, bestseller z serii przygoda z dreszczykiem, i elaborat językoznawczy w temacie oszczerwsta i inwektywy – kreatywność emocjonalna. Żadne z tych dzieł jednak nie powstanie. Nie mnie oceniać ludzkie zachowania i reakcje. Prawda jest taka, że jak raz wyjdzie słoma z butów, to trudno ją z powrotem upchać w cholewki.

Dziś, kończąc trzytygodniową wycieczkę po Peru, Boliwii i Chile cieszę się w głębi duszy, że wieczność nas nie dotyczy. Pewnie nie tylko ja. Radość sprawia myśl, że już nie będzie trzeba zdrapywać z pleców błota, którym bezpodstawnie nas obrzucono, z kranu popłynie ciepła woda, śnieg nie zasypie granicy, a o ewentualnym strajku poinfomuje uczesany gładko pan w wieczornym wydaniu wiadomości. Bo wtedy w La Paz na tej porannej blokadzie i trzygodzinnym opóźnieniu samolotu się nie skończyło. Wtedy tak naprawdę wszystko dopiero się zaczęło...

Po przylocie do Sucre okazało się, że wyjazdowa droga z miasta w kierunku Potosi i Uyuni, gdzie dotrzeć mieliśmy na nocleg do zbudowanego z soli hotelu, jest zablokowana. Jedynym racjonalnym i bezpiecznym rozwiązaniem było przeczekać i wyjechać nocą, kiedy protestujący tłum opuszcza kamienne barykady i idzie spać. Sucre samo w sobie – kolonialne, urocze i pełne życia – wypełniło nam całe popołudnie. O północy wyruszyliśmy w drogę. Kilka kilometrów za miastem – blokada. Ciężarówka grodzi przejazd, samochody zawracają. Jacek i Chiato (chłopak z lokalnej agencji) idą negocjować. Kilka ciepłych słów, odrobina zrozumienia i butelka rumu załatwiają sprawę. Przejeżdżamy. Noc gęstnieje. Wspinamy się coraz wyżej. Temperatura spada. Autobus nie ma ogrzewania. Jacek wyjmuje wyczarowaną przez kierowców gitarę, z walizek wyskakują wszystkie zakupione uprzednio szale i swetry z alpaki, pęka panamski abuelo, repertuar poszerza się i pęcznieje z piosenki na piosenkę. Kolejna blokada wybudza nas z niespokojnego, pełnego chłodu i nocnego kołysania, snu. W mroku gęstym i mroźnym majaczą niewyraźnie kontury ciężarówek i autobusów. Kolejka zdaje się nie mieć końca. Wychodzimy w mrok. Jacek, chiato¸i ja. Nie mogę nie iść. Chcę zobaczyć. Zrozumieć. Ciemno choć oko wykol. Miliardy gwiazd. W oddali słaba łuna ogniska. Idziemy potykając się o porozrzucane na szosie kamienie. Kierowca jednego z uśpionych autobusów mówi, że stoją od siódmej wieczorem. Jest trzecia nad ranem. Przy blokadzie mrowie pokurczonych z zimna ludzi okutanych w grube koce. W słabym blasku ognia ich twarze, przeorane życiem, zmęczone, zrezygnowane wydają się półrealne. Jacek pyta o wodza całego zgrupowania. Wodza nie ma. Jest kilku, spisanych koślawym pismem na wydartej z zeszytu, wytłuszczonej kartce. Ktoś wyciąga latarkę i dukając jak pierwszoklasista wyczytuje nazwiska. Krąg się zacieśnia, kolejne karłowane, baśniowe postacie przeciskają się z pomrukiem do przodu. Mucho frio – Jacek zagaduje sąsiada i zaczyna wolno rzuć liście koki, które z odpowiedzią lądują mu w dłoni. Wyczytani wodzowie przemawiają po kolei. Wolno. Z namaszczeniem. Ważą słowa, których nie rozumiem. Mówią w keczua. Podnoszę głowę. Niebo potężnieje. Rozpycha się w okręgu horyzontu, uwypukla, oddala. Tracę rachubę czasu. Ludzie śpią zawinięci w pledy i koce pokotem na szosie. Trzaska ogień, liście koki mlaszczą w bezzębnych ustach, płacze jakieś dziecko. Kiedy ostatni kończy swoje dywagacje znów pojawia się latarka – w dużym zeszycie, na nowej stronie powstaje protokół ze spotkania. Ma być nowa droga. Nowy most. Ma być lepiej. Ministrów tu jednak nie ma. Nie ma Evo Moralesa. Nie ma żadnego urzędnika. Wszyscy smacznie chrapią w swoich ciepłych łóżkach i nocny strajk na drodze do Potosi niewiele ich obchodzi. Prawdopodobnie nawet o nim nie wiedzą. W autobusach i cieżarówkach (oprócz nas) śpią Boliwijczycy równi tym, którzy w desperacji i rozpaczy wyszli na ulicę. Protest nie uderza w rządzących – uderza w zwykłych ludzi, w prostych obywateli – tak samo bezradnych i zdesperowanych. Ten argument finalnie przekonuje strajkujących do odblokowania drogi. Bo dopuszczają Jacka do głosu, bo chcą go wysłuchać, bo jego słowa trafiają na podatny grunt. Kiedy w końcu ruszamy po blokadzie nie ma śladu. W kilka minut znikają kamienie, gaśnie ogień, ludzie znikają w mroku. Gdybym nie widziała trudno byłoby mi w to uwierzyć. Rano docieramy, już bez żadnych przeszkód do Uyuni na skraju najwięjszej solnej pustyni świata. Z każdą minutą i każdym promieniem słońca robi się coraz cieplej. Rozmarzamy przy kawie i jajkach, które smaży dla nas Jacek w kuchni przydrożnej restauracji, bo i tu serwis ślimacze na tempo. Padają pierwsze grudki błota. Myślę o nocnych ludziach strzepując je z ramion.

Dzień na Salar de Uyuni piękny. Błękit, slońce, niekończąca się biel solnych połaci, wyspa kaktusów, lunch na świeżym powietrzu, magia solnego hotelu, zdjęcia z zaburzoną perspektywą. Rano psuje się pogoda. Niebo zaciąga się ołowiem, wiatr wyje i hula po otwartych przestrzeniach Altiplano, zaczyna padać. Przy kolejnych lagunach polujemy z aparatami na flamingi i odrobinę światła. Chmury się piętrzą. Kierowcy, źle poinformowani w Uyuni, wiozą nas do niewłaściwego hotelu. Kolejne cztery godziny drałujemy przez ciemność i bezkres. Trzy jeepy, trzy ekipy, trzy różne światy. Docieramy na miejsce chwilę przed północą, kolacja czeka. O dwunastej, plując błotem, którego znów nierozsądnie nadużyto, śpiewamy sto lat Ewie. Urodziny na końcu świata. 3600m npm. Pusta przestrzeń. Wicher. Pogoda krzyżuje nam plany dużo poważniej. W górach od kilku godzin pada śnieg i granica z chilijskim San Pedro de Atacama zostaje zamknięta. Następnego dnia, zamiast podziwiać kolorowe laguny, gejzery i moczyć się w gorących źródłach musimy inna drogą, przez inną granicę przedostać się do Chile. Na ziemi niczyjej jemy lunch przygotowany przez naszą boliwijską kucharkę, nazwaną pieszczotliwie Laleczką. Duje. Stoję za land cruiserem i obgryzam nogę pieczonego kurczaka. Nie jem mięsa od dwóch lat, ale dziś robię wyjątek. Chcę dobrze zapamiętać tę chwilę. Kurczak jest wyśmienity.

W San Pedro de Atacama rozmyte, błotniste uliczki i oburzeni, pełni jadu turyści, którym nie udało się zrealizować turystycznych planów. Nikt nie wrzeszczy na śnieg. Wszyscy wrzeszczą na siebie. Urodziny Ewy świętujemy wieczorem w Casa don Tomas. Wizja rychłego powrotu do cywilizacji wydaje się kusząca.

W Santiago de Chile, jako że też po deszczu, niebo zaskakująco czyste. Ruchliwe ulice, dobre samochody, niemiecki porządek, kolorowe neony, reklamy, huk klaksonów – ulga na wielu twarzach. Patrzę na nocne, rozświetlone, sześciomilionowe miasto ze wzgórza San Christobal i myślę o tamtych nocnych ludziach. Na błoto nie zwracam już uwagi. Co się wysuszy to się wykruszy.

Dziś w Vina del Mar i Valparaiso, jak na złość, gęsta, przenikliwa, szarobura mgła. Na mgłę nikt nie warczy. Pacyfik ledwo widoczny. Port ledwo widoczny. Uśmiech w zaniku. Zła karma? Może po prostu jesień...

Jutro wracamy do domu, to jednak nie koniec tej opowieści. Jeszcze przyjdzie czas podsumowania. Jak się wykruszy...

 

peruwiańska lama10-14 maja 2013, Arequipa – Puno – La Paz

Świetne arequipeńskie ceviche okazało się nie takie świetne, a na pewno nie nazbyt świeże. Dwa wieczory wypadły mi z życiorysu, dopiero polecony przez Jacka Baktrim - peruwiański antybiotyk bez recepty 5 soli trzy sztuki - postawił mnie na nogi i pozwolił ogarnąć wszystkie zdarzenia ostatnich dni. W miejscu, w którym lokalna flora bakteryjna przerwała mi relację zwiedzaliśmy Arequipę – Białe Miasto zbudowane z wulkanicznej skały. Po raz kolejny (tym razem w Konwencie Św.Katarzyny, wcześniej w każdej biednej wiosce) padło sakramentalne pytanie – jak oni mogą tak żyć? Na czterech tysiącach metrów nad poziomem morza, gdzie nocą temperatura potrafi spaść do minus dwudziestu stopni, pasterze lam i alpak mieszkają w kamiennych chatkach, w których nigdy nie było ogrzewania. Ludzie peruwiańskich gór są twardzi jak otaczające ich skały, a ich codzienność prosta i ascetyczna jak dookolna przestrzeń. Młodzi uciekają masowo ze wsi do miast w poszukiwaniu łatwiejszego życia i większych pieniędzy. Qinua, kukurydza, soja, ziemniaki – tu wciąż wszystko jest zdrowe, uprawiane na niewielkich poletkach i rodzinnych farmach, niemodyfikowane genetycznie; niewiele czasu jednak pewnie upłynie, gdy zacznie brakować rąk do pracy w polu, a co za tym idzie – żywności. Zjawi się wtedy jakiś magik z Cudownego Kraju na Północy i zaproponuje GMO albo inny superwynalazek mający zintensyfikować i usprawnić produkcję... Póki co tak Peru, jak i Boliwia (mimo zalewu falą coca-coli i chińszczyzny) są nadal niezwykle autentyczne. Czasem odnoszę przykre wrażenie, że ta autenczyność, a także tożsamość kulturowa sama w sobie, osadzone są w biedzie i braku wykształcenia. Że z całym dobrodziejstwem importowanym z krajów rozwiniętych - natychmiast zanikają.

Na 4413m npm, w drodze z Arequipy do Puno, opluła mnie lama. Wiało, jakby chciało nam głowy pourywać. W środku niczego stały dwa blaszane baños (toalety), w których załatwioną potrzebę przygarbiony z zimna człowiek spłukiwał wodą z wiaderka po każdym interesancie. Otwarcie zajazdu z porządną kawą gwarantowałoby świetny utarg – komu jednak chciałoby się w takim miejscu prowadzić zakład gastronomiczy...

Do Puno dojechaliśmy przez wygwieżdżoną noc i dziką, chaotyczną Juliacę. Właśnie kończył się peruwiański Dzień Matki. Przydrożne restauracje serwujące rosół z kury pękały w szwach. Nocne odgłosy, które brzmiały jak początek rewolucji okazały się końcem obchodów tego, jednego z najważniejszych w Peru, świąt. Rano, znim ruch uliczny przybrał swe ulubione, szalone oblicze, dojechaliśmy do portu rikszami, a potem łódką przez jezioro Titicaca na pływające wyspy Uros i kamienną wyspę Taquile. Soroche znów dało o sobie znać. Łapiemy oddech jak wyrzucone na brzeg morza srebrzyste ryby. Brakuje tlenu.

Z Puno do La Paz, z La Paz na La Chacaltaya. Ponad pięć tysięcy metrów nad poziomem morza. Morze piękna. Osiągamy najwyższy punkt trasy. Prawie wszyscy. Akurat jest 14 maja – zapowiadana od dawna data imprezy w La Paz. Przylatuje Paweł – świętujemy okrągłe czterdzieste. Ruszamy we dwoję w Drogę Śmierci Coroico. Na rowerach. Wszystko więc dzieje się równolegle – grupa zaczyna z La Paz (3600m npm) i pnie się ostrą, krętą górską drogą na pięć tysięcy. My z przełęczy La Cumbre (4700m npm) zjeżdżamy serpentynami w dół do tysiąca dwustu. Na górze serce trzepoce szybciej, płuca krzyczą o więcej tlenu, każdy krok to ogromy wysiłek. Na dole rosną ravinale, kwitną egzotyczne krzewy, zieloność produkuje miliardy cząsteczek tlenu, serce zwalnia, płuca pęcznieją. Wieczorem spotykamy się w punkcie wyjścia – La Paz. W Peña Huari świętujemy z grupą Francuzów i lokalnymi artystami. Jest sto lat w czterech językach, są tańce z piękną Chiolitą, boliwijski szampan i steki z alpaki.

Tymczasem (15 maja) czekamy na samolot do Sucre na lotnisku El Alto. Poranne strajki nie tylko sparaliżowały miasto, ale jak widać – także ruch lotniczy. Blokady, protesty, manifestacje to te zjawiska w Boliwii, które potrafią w każdej chwili zaskoczyć i zmienić plany... zbliżają się wybory prezydenckie, każda warstwa społeczna i zawodowa walczy o swoje prawa. Między sztandarami, bannerami, okrzykami i całym tym chaosem próbują przemknąć zdezorientowani, zahukani turyści. Imperatyw - dostać się do kolejnego punktu programu nie tracąc po drodze niekończących się godzin. My na razie mamy w plecy tylko dwie i pół. I oby tak zostało.

 

peruwiańska lama9-10 maja 2013, Cusco – Chivay - Kanion Colca – Arequipa

Najdłuższy odcinek trasy mamy za sobą - droga z Cusco do Chivay zajęła nam bite dwanaście godzin, z tym, że nawet tak długie przejazdy w Peru zawsze idą w parze z ogromem mijanego piękna. Przejechaliśmy przez Juliacę, najbrzydsze (i pewnie jedno z bogatszych) miasto żyjące z przemytu towarów z Boliwii do Peru i odwrotnie. Przejechaliśmy przez niekończące się puste, jałowe, górzyste przestrzenie, gdzie ulepieni z twardej gliny mali ludzie wypasają alpaki i lamy, gdzie rośnie już tylko trawa ichu i gwiżdze wiatr. Przelechaliśmy przez przełęcz La Raya na wysokości 4310m npm i przez Mirador de Los Volcanes na 4910m npm. Wysokość daje się niektórym we znaki, radzimy sobie herbatą z liści coci i tabletkami na soroche.

Rano w Kanionie Colca kondory odstawiły niesamowity spektakl - było ich mnóstwo, szybowały nad głowami, jakby akurat tego dnia postanowiły pozować do zdjęć bez przynależnego gwiazdorom focha. Im wyżej wznosiły się kondory tym cieplej robiło się na świecie - po pierwszej naprawdę zimnej nocy zaczęliśmy nawet wspominać amazońskie. lepkie upały. Wieczorem dotarliśmy do Arequipy. Po raz kolejny przekonałam się jak dynamicznie zachodzą zmiany w rozwijających się społeczeństwach. Arequipa rozrasta się, kwitnie kolejnymi supernowoczesnymi plazami handlowymi, zagęszcza się i zatyka w godzinach szczytu (tu wszyscy jeżdżą na wariata, żeby przedrzeć się przez miasto trzeba mieć nerwy ze stali). Plaza de Armas wygląda na szczęście tak samo jak zawsze - rozświetlona nocą, pełna życia, magiczna. I nadal podają tu świetne ceviche...

 

peruwiańska lama6-8 maja 2013, Cusco – Święta Dolina Inków – Machu Picchu

Świat Inków dzielił się na trzy części – Świat Górny reprezentował Kondor, Świat Środkowy (doczesny) Puma, a Świat Dolny – Wąż. Symbolika ta, zaklęta w andyjskim krzyżu Chakana, miała też inne, ważne znaczenia i prawa. Trzy główne zasady rządzące inkaskim światem to – nie kłam, nie kradnij i nie bądź leniwy. W ruinach otaczających Cusco – Pępek Świata – stolicę Imperium Inków – znaleźć można mnóstwo ukrytych znaczeń i symboli. Wystarczy spojrzeć na kupę równo poukładanych kamieni, otworzyć umysł, uwolnić wyobraźnię – nagle z megalitów wyłania się kształt lamy, pumy, kondora, świnki morskiej, a nawet, tak jak w Ollantaytambo – twarz Wirakoczy. Tambomachay – miejsce wypoczynku władcy Inków, skąd wodę czerpie się do produkcji peruwiańskiego piwa Cusquena, Puka Pukara z ruinami urzędu celnego, słynne Q'enqo, gdzie ginęły składane w ofierze Dziewice Słońca – najpiękniejsze kobiety z całego imperium i jednorodne kolorystycznie lamy poświęcone ogniem i cieniem potężnej figury kondora, zniszczonego później przez Inkwizycję, Saqsaywaman (Najedzony Sokół, którego turyści zazwyczaj zapamiętują jako sexy woman...) – nigdy nieukończona, potężna Świątynia Słońca, gdzie wariuje kompas i co roku w czerwcu, podczas przesilenia zimowego, odprawiane są obrzędy święta Słońca - Inti Raymi, czy tylko częściowo odkryte, tajemnicze podziemnie tunele, które do dziś śnią się archeologom – ledwo minęła połowa dnia w cuskeńskich ruinach, a nam już zaczęły mieszkać się kamienie i ich znaczenia.

Potem, gdy wkroczyli Jezuici ze swoimi chrześcijańskimi naukami, zrobiło się jeszcze bardziej pod górę. Matka Boska została zaadaptowana jako uosobienie Pachamamy, na stole Ostatniej Wieczerzy pojawiła się pieczona świnka morska i chica (inkaskie piwo), lokalne wierzenia wymieszały się z mitologią Starego i Nowego Testamentu. Synkretyzm religijny pojawił się naturalnie, bezboleśnie, wierzenia przenikały się na obrazach, w rzeźbach i ludzkich umysłach. Powstała szkoła malarstwa cuskeńskiego i kipiąca dwudziestoczterokaratowym złotem Katedra, do której budowy użyto głównie kamieni... pozyskanych z Saqsaywaman. Figury chrześcijańskich świętych zamieszkujących Katedrę mają prawdziwe, ludzkie włosy, które ścinają sobie i przynoszą w ofierze Indianki. Jest też figura Chrystusa, Pana Trzęsień Ziemi powleczona ciemnobrazową skórą i liczący 500 lat Krzyż Konkwisty przywieziony przez Pizarra. Symbolikę Syna Boga poświęcającego swoje życie dla ludzkości wytłumaczono Indianom na podstawie pradawnych wierzeń i kultu Pelikana. W wierzeniach tych matka pelikan nie mogąc wykarmić swoich piskląt wydziobuje sobie po kawałku serce i karmi potomstwo...

Jest też w Cusco ktoś, kto powinien być stawiany jako przykład dla wszystkich chrześcijańskich (i niechrześcijańskich) parafii świata – arcybiskup Juan Antonio Ugarte Pérez, który zatrudnił wykształconego managera zarządzającego od kilku ładnych lat ogromnym kościelnym majątkiem. Tu nikt nie wyciąga czapki po jałmużnę, nie zbiera datków wśród wiernych na rozbudowę, remonty i jakiekolwiek inne kościelne inwestycje. Da się? Da się. Trzeba chcieć. Nikt też nie potępia lokalnych wierzeń – szamani nadal leczą chorych przy pomocy świnek morskich i pradawnej medycyny naturalnej.

Wczoraj w Świętej Dolinie Inków zdobyliśmy ruiny miasta Picas i podbiliśmy lokalny targ. W drodze do Ollantaytambo piliśmy chicę, inkaskie piwo kukurydziane, paskudne i kwaśne, zwiedziliśmy zagródkę morskich świnek przeznaczonych oczywiście do konsumpcji, a po spacerze w kolejnych, jakże spektakularnych ruinach, wieczornym pociągiem dojechaliśmy do Aguas Calientes u stóp Machu Picchu. Lało całą noc. O piątej rano też, może więc dobrze, że nie udało się nam zdobyć biletów na Huyana Picchu. Dużo się tu zmieniło, dużo jeszcze się zmieni. Kiedyś wpuszczano na Młodą Górę czterysta osób dziennie na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Przybywający za późno mieli jeszcze szansę przekupić strażnika i wyjść na szczyt Huayna Picchu trochę poza prawem. Potem wprowadzono opłaty, a finalnie sytuacja wygląda tak, że należy wykupić bilet odpowiednio wcześniej w biurze, w którym powiedziano nam, że do 13 maja wszystkie wyjścia są wyprzedane. Nie tylko ryby nie biorą w Peru – strażnicy, choćby i chcieli, nie mogą – zainstalowano monitoring i żadne argumenty, prośby i błagania nie skutkują. Ot, kolejne konsekwencje masowej turystyki i komercjalizacji takich miejsc, jak Machu Picchu. Do samych ruin teoretycznie wejść może tysiąc osób dziennie. Kiedy przekraczaliśmy punkt kontroli imiennych biletów i paszportów (!) sprzedane było tysiąc sześćset wejściówek i połowa turystów już była na inkaskich terasach przed nami. Być może więc kiedyś spełni się złowróżbna przepowiednia, jakoby ruiny miały zostać zamknięte dla zwiedzających – podziwiać je będzie można ze szklanego tarasu...

Tymczasem czekamy na powrotny pociąg z Aguas Calientes do Ollantaytambo. Stamtąd do Cusco, a jutro dalej w drogę, aż do Chivay i Kanionu Colca...

 

peruwiańska lama5 maja 2013, Lima

Limeńczycy często nazywają niebo nad miastem panza de burro – brzuch osła. Zaciągnięte szarą, gęstą warstwą chmur, z których nigdy nie pada deszcz zalega nad stolicą przez znaczną część roku. Masy spalin nie ułatwiają sprawy. Wilgoć wisi w powietrzu, z czasem niepostrzeżenie wchodzi w kości i w dusze. Codzienne życie w gigantycznych korkach, chaosie ulicznego ruchu, gdzie pierwszeństwo ma większy i bardziej szalony, w pozbawionym słońca dziesięciomilionowym mieście nie należy do wymarzonych. A jednak z gór wciąż płynie do miasta szeroki strumień szukających lepszego życia ludzi. Nie wiedzą, że takiego życia stolica im nie zagwarantuje – tu wciąż istnieje ogromna dyskryminacja społeczna, za dobrą opiekę zdrowotną i edukację trzeba słono płacić, a najwięcej do powiedzenia mają oligarchowie - potomkowie rodów wywodzących się od konkwistadorów. Różnice społeczne widoczne są gołym okiem. Nie trzeba ich szukać. Wszystarczy przejechać z jednej dzielnicy do drugiej. Minąć skrzyżowanie.

Peru ekonomicznie rośnie w siłę. Jest trzecim na świecie wydobywcą złota i drugim srebra. Wydobycie gazu i ropy oraz boom na rynku nieruchomości podciągają gospodarcze wskaźniki, niemałą rolę w rozwoju ma też niezbyt chlubne pierwsze miejsce w światowej produkcji kokainy. Rocznie pierze się jakieś trzy miliardy dolarów pochodzących z narkobiznesu. W społecznych niszach rodzi się przestępczość, coraz częściej zdarzają się kradzieże i napady. Nie bierze tylko ryba, policja jest skorumpowana do granic możliwości, wśród bogatych limeńczków rozrasta się strach. A jednak są zjawiska, które mają w sobie dozę światła, takie jak brak pasywnej biedy chociażby – problem wielu rozwijających się krajów trzeciego świata. Trudno dogrzebać się statystyk bezrobocia, bo w Peru nie ma zasiłków dla bezrobotnych, zapomóg socjalnych, rządowych pieniędzy dla pokrzywdzonych. Kto straci pracę musi sobie znaleźć sam jakieś inne zajęcie. Szacuje się, że czterdzieści procent mieszkańców Limy wykonuje właśnie taką pracę – wykreowaną w miejscu, gdzie pojawiła się paląca potrzeba zarobku. Tu nikt nie żebrze dla samego żebrania – każdy coś sprzedaje, za jałmużnę częstuje cukierkiem, oferuje jakąś usługę. Pomysłowość, innowacyjność, kreatywność – tych cech Peruwiańczykom na pewno nie brakuje.

Był Park Miłości w Miraflores, kolonialne centrum Limy, konwent św. Franciszka z katakumbami pełnymi czaszek, ruiny Huaca Pucllana i obiad w kreolskiej restauracji w dzielnicy artystycznej bohemy Barranco, gdzie apartament ma sam Mario Vargas Llosa. Słońce pokazało się tylko na chwilę odgrywając piękny, krwistoczerwony spektakl zachodu. Wieczorem buszowaliśmy po sklepach z pamiątkami – w ciągu dwóch ostatnich lat ta gałąź turystycznego biznesu także bardzo się rozwinęła – wreszcie można znaleźć pięknie, starannie wykonane, niebanalne przedmioty utrzymane w duchu etno. A to dopiero początki wędrówki po peruwiańskich straganach... Jutro z samego rano wyruszamy do Cusco – inkaskiego pępka świata.

 

 

peruwiańska lama2 - 4 maja 2013, Iquitos - Selwa - Iquitos - Lima

Lima. Gorący prysznic. Suszarka. Lokówka. Interent. Muzyka. Ludzie. Atrerie ulic zamiast atrerii rzek. Ciasno zaparkowane samochody i krzyczące światłem neony zamiast mrocznej, rozdygotanej, szemrzącej dziwacznie selwy. Klaksony zamiast wrzasku papug. Trafiliśmy z dżungli wprost do... dżungli. Z gmatwaniny lian w gmatwanitę przecznic, z potęgi czterechsetletnich seib w potęgę szklanych wieżowców, z rechotu żab i brzęczenia cykad w tępe dzwięki techno na dwunastym piętrze Radisson Decapolis. Z parnej, lepkiej, tropikalnej, amazońskiej nocy w jesienny chłód wybrzeża Pacyfiku. Wszak to kontynent i kraj kontrastów...

Na śniadanie w Iquitos podali nam dziwny owoc o konsystencji budyniu i jasnożółtym miąższu poprzetykanym podłużnymi, czarnymi pestkami. Potem okazało się, że to anona – roślina, o której nikt z nas do tej pory nawet nie słyszał. W naturze anona wygląda jak zwisający z drzewa zielony jeż. W naturze w ogóle wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż w wyobrażeniach, czy chociażby filmach. Takie piranie chociażby. Atakują tylko tego, kto krwawi z otwartej rany, bo to krew właśnie, a nie samo nasze zaistnienie w rzecznym ekosystemie, je przyciąga. Piranie nie wyskakują z wody i nie odgryzają połowy twarzy jednym kłapnięciem, nie objadają ręki wsadzonej do wody w kilka sekund, a w porze deszczowej (czy też tuż po niej), praktycznie wcale nie intresują się świeżym, ludzkim mięsem. Najgorsze piranie żyją w Hollywood, a nie w Amazonii.

Drugiego maja wyruszyliśmy rzeką Nanai do Amazonki, a potem rzeką Sinchicuy do lodge ukrytego w selwie. Pora deszczowa właśnie się skończyła i woda stopniowo zaczyna opadać. Pod koniec maja mieszkańcy wybrzeża tej najpotężniejszej rzeki świata, zaczną żmudną pracę na roli – na żyznych brzegach rzeki sadzić będą wszystkie możliwe warzywa, zboża i ryż. Na bogatej, zmineralizowanej glebie, przyjmie się i wyrośnie każda sadzonka, jeśli tylko kolejna pora deszczowa nie nadejdzie zbyt szybko . Po drodze wypatrujemy delfinów. Występują tu dwa gatunki – zaadaptowany z morza delfin szary i endemiczny dla Amazonii różowy delfin rzeczny. Przypomina mi się bajka z dzieciństwa, a właściwie kilka jej wersów – to ja przyjaciel Twój Rali, obracam naszyjnik z korali, usłysz mnie w morskiej głębinie i pomóż mi delfinie... im bardziej różowy delfin wydaje mi się zmyślony, tym wyraźniej wychyla się nad powierzchnię wody. Najbardziej różowe są dorosłe osobniki męskie. To one pojawiają się w najsilniejszych lokalnych wierzeniach. Legenda mówi, że różowy delfin rzeczny może przyjść do wioski i zapłodnić wszystkie napotkane kobiety. To dlatego kobiety z peruwaińskiej selwy nigdy nie chodzą nad rzekę w pojedynkę. Na lotnisku w Iquitos ogromy mural przedstawia pluskające się w rzece półdzieci z różowymi, delfinimi ogonami. W ten sposób też mężczyznom znikającym na długie miesiące w buszu tłumaczy się nagłe ciąże ich żon, tyle że dzieci po urodzeniu bardziej przypominają sąsiadów niż różowego delfina.

Granica mitu i rzeczywistości zaciera się tu w wielu miejscach, nie tylko tam, gdzie w wygwieżdzoną noc snują się indiańskie legendy. Bo co jest bardziej prawdziwe – Indianie Yagua, którzy na codzień chodzą ubrani na zachodnią modłę i tylko dla turystów przywdziewają swoje spódniczki z trawy, strzelają z pukawek i podrygują w rytm małych bębenków, czy szaman Manolito w dżinsach, baseballówce i koszulce adidasa opowiadający lekko sennym głosem o zastosowaniu leczniczych korzeni z ayahuascą na czele... Co jest bardziej realne? Wymierający język Pebayagua czy rosnący w siłę spanglish? Bransoletki z leśnych nasion czy nalewka Amazon Power złożona z wywaru siedmiu magicznych roślin, rumu z trzciny cukrowej i miodu nieprzypominającego nijak samego siebie. (Jakby ktoś chciał taką zrobić w warunkach domowych to potrzebne są jeszcze: asucar wayo, czuczuwasia, cat’s claw, tauari, clavouasca, wspomniana ayahuasca i jeszcze jeden tajemniczy składnik, którego szaman nie wymienił ;-). Nasze powtórzone jako echo samaria yanamaaa (dziękuję, do widzienia) czy ledwo zapamiętane buenos tardes. Za kilka dni selwa wyda się nam czymś zupełnie odrealnionym. A przecież jeszcze kilka godzin temu w rescue centre robiliśmy sobie zdjęcia z leniwcem (leniwiec był ponoć pierwowzorem E.T.) i młodym wężami boa, małpy ukradły Grażynie dwie zapalniczki i całą paczkę fajek, a papuga umiejąca ponoć śpiewać Ave Maryja, zamknęła się w sobie i nic nie powiedziała. W wiosce Santa Maria spacerowaliśmy porządnymi, betonowimi chodnikami, które wraz z szybką łodzią motorową i generatorem prądu, zostawili ludzie pracujący tu w 2002 nad zdjęcimi do filmu o mlodym Che - „Dziennki Motocyklowe”. Spotkaliśmy nawet dziewczynę, która tańczyła mambo w scenie urodzin Che.

W Santa Maria aby uratować usuchające drzewo wiesza się na nim puste muszle ślimaków rzecznych. Magia działa. Na pewno skuteczniej niż poczynania czarowników z Rotary Club, którzy ratując usychających ludzi zainwestowali w destylator wody. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, gdy podpływamy do nabrzeża jest drewniana szopa z wielkim logo dobroczyńców. Z bliska prawda wygląda trochę inaczej – system uzdatniania wody nie działa – czarownicy zapomnieli, że nikogo w wiosce nie stać na paliwo diesla, potrzebne do pracy super wynalazku. Ale szopa z logo została. Przybyszy Santa Maria wita wielkim logo Rotary Club.

O tej porze roku po okolicy poruszać można się tylko łodzią. Pływamy po Amazonce, bocznych kanałach w zalanej selwie, rzeką Yanayacu w poszukiwaniu delfinów, iguan, leniwców w małp. Gromadki znudzonych dzieci siedzą na schodach drewnianych domów zbudowanych na wysokich palach. Nie ma dokąd pójść. Przy schodach kołyszą się drewniane dłubanki wyciosane z czerwonego cedru. Koło Tambo Lodge łowimy ryby. Biorą piranie, sabalony, sardynki, silver dollar fish i jeden catfish. Połowy naznacza dobry omen – podczas poszukiwań leniwców Andrzej dostaje w głowę rybą, która sama wskakuje do łódki powodując niemałe zamieszanie. To największy okaz zdobyty tego dnia – sabalon – smaczny dodatek do kolacji. Rzeszta połowu to raczej drobnica, ale i ona kończy w naszych żołądkach.

Ostatniego dnia rano, przed wylotem do Limy, wypływamy o świcie posłuchać ptaków. Oropendola wydaje dźwięk spadającej kropli wody, inny zawodnik woła drink your beer, drink your beer. Dopijamy więc ostanie piwo i wracamy do cywilizacji, po drodze zatrzymując się na chwilę przy pływającej wiosce Belen. Wieczorem z lotniska odbiera nas Jacek i dołącza do nas pięć ostatnich podróżniczek. Od jutra w pełnym zepole ruszamy w dżunglę z betonu.

 

peruwiańska lama1 maja 2013, Panama - Iquitos

Nie wiem w sumie skąd wzięła się opowieść o wigilii Nocy Świętojańskiej i obchodzach dnia Świętego Jana 24 czerwca każdego roku. Musiała przyjść jako naturalne skojarzenie z San Juan, jednym z czterech dystryktów tworzących Iquitos - największe miasto świata, do którego nie prowadzi żadna droga. Dostać można się tu samolotem, albo łodzią. Nikt nie podaje odległości w kilometrach - mierzy się je w godzinach i dniach, które trzeba spędzić na wodzie. Sandro, przewodnik, z którym jutro wyruszamy w amazoński gąszcz, do osady, z której pochodzi musiałby płynąć dwadzieścia godzin. Do Limy płynie się kilka dni. Jedyna miejscowość, z którą Iquitos ma połączenie drogowe, to oddalona o 100 kilometrów Nauta - tu jednak droga się urywa i dalej pozostaje tylko nurt rzeki Marañon. A jednak Iquitos ma wszystko - restauracje, sklepy (łącznie ze słabo zaopatrzoną Batą), deptak wzdłuż wybrzeża rzeki Itaia, piękne budynki wyłożone włoskimi, portugalskimi i hamburskimi, ręcznie malowanymi kaflami, pamiętającymi czasy świetności tego miejsca, kauczukowy boom i kursujące tam i z powrotem parowe statki handlowe. Osiemset tysięcy mieszkańców porusza się głównie dwudziestoma tysiącami mototaxi - przypomianającymi motorowe riksze, zdezelowanymi pojazdami, które do niedawna jeszcze przywożono rzeką z brazylijskiej fabryki. Dziś Iquitos ma własny zakład Hondy, rynek zalewa też coraz większa fala chińskiego badziewia niemal jednorazowego użytu. Ponoć mototaxi jest tu więcej niż komarów. Choć złote czasy kauczuku skończyły się w latach 30. ubiegłego wieku, gospodarka ma się nieźle - ziemia pęcznieje od ropy, kompanie naftowe chętnie inwestują, nie istnieją podatki, eksportuje się owoce i rzeczne ryby. Gorący, lepki klimat mañany, ślimacze tempo kelnerki, w zaułkach gęste powietrze przesycone smrodem gnijących odpadków i uryny. Na straganach oryginalne rękodzieło lokalnych indian, hafty, kilimy, pukawki, kolczyki z papuzich piór i korale ze wszystkich możliwych nasion, pestek i skarbów selwy. Na rogu Plaza de Armas zjawisko niecodzienne, jak na miejsce tak odległe i odizolowane - Casa de Fierro - Żelazny Dom zaprojektowany w Paryżu przez Gustava Eiffel'a w 1889 roku i sprowadzony do serca Amazonii przez potentata w produkcji kauczuku Anselmo del Aguilara. Wieczór zastał nas w La Noche nad sercami palm, pieczoną doradą i zimną Cusquenią. Prawdziwa przygoda właśnie się zaczyna... A 24 czerwca? La Fiesta de San Juan to jedno z najważniejszych świąt w okolicy. Tańce, śpiewy i rytualne oblucje zakąsza się juane - typowym daniem złożonym z zawiniętego w liście bananowca ryżu z kurczakiem, jajkiem na twardo i oliwkami- oraz przepija monsanto - alkoholowym napojem z juki, który za starych dobrych czasów produkowano przeżuwając jukę i wypluwając ją do wielkiego gara, gdzie na przestrzeni kilku dni ulegała fermentacji. Do dżungli, tu częściej nazywanej selwą, najlepiej ponoć zaopatrzyć się w rum (panamski Abuelo sprawdza się wyśmienicie) - to najlepszy repelent... po wypiciu trzech butelek nie czuję się ugryzień komarów... ;-)

peruwiańska lama29 - 30 kwietnia 2013, Panama - Toronto - Panama

W przeciągu 48 godzin można bardzo wiele. Można na przykład obudzić się w pomalowanym turkusową farbą, drewnianym domku na wodzie na wyspie Carenero, na przeciwległym brzegu Bocas, głównej mieściny Bocas del Toro. Zjeść śniadanie w Cosmic Crab Cafe, która zawdzięcza nazwę wychodzącym po zmroku kosmicznym krabom - olbrzymom. Popłynąć łódką na plażę, przypominającą raj ilustrowany w "Strażnicy". Leżeć brzuchem do góry w ciepłej, karaibskiej wodzie. Po południu przelecieć do Panama City, wypić mojito na 62 piętrze Hard Rock Hotel z widokiem na nocne, rozświetlone miasto, następnego dnia w samo południe smażyć się spacerując brukowanymi ulicami Casco Viejo, by kilka godzin później wślizgnąć się deszczowy mrok Toronto, drżąc z zimna przy ledwo ośmiu stopniach Celsjusza. Zamiast położyć się spać można przepakować walizkę, poleżeć w wannie z nutą lawendy, bladym świtem wrócić na lotnisko ipopołudniową kawę pić w... Panama City. Oj tam, oj tam, miałam ci ja istny Dzień Świstaka. Zmienili się ludzie dookoła, zmieniła się energia, ale to wciąż ta sama Panama, najeżona nowoczesnymi apartamentowacami, ruchliwa, słoneczna, skruszona w odchodzącym ze ścian tynku, zaklęta w na wpół zruinowanych, kolonialnych domach. Panama bowiem stała się ostatnio naszą stacją przesiadkową we wszystkich podróżach na południowy kontynent. Tym razem zamiast godziny na szybkie zakupy w duty free (gdzie rum Abuelo króluje), zatrzymaliśmy się tu na dłużej. Wczoraj popołudniowy spacer po starej części miasta, dziś całodniowa wycieczka do Portobelo, legendarnego miasta - portu, przez który za czasów panowania Hiszpanów przerzucano do Europy sześćdziesiąc procent wszystkich skarbów (głównie Inkaskiego złota) z Ameryki Południowej. Współczesne Portobelo to dwa zruinowane wieki temu forty, zruinowane w 2010 przez lawinę błotną domy, potomkowie czarnych niewolników, niewielki skwer, piękny pohiszpański kościół z figurą Czarnego Chrystusa i Escuelas Musica nad zatoką. Piraci zniknęli wraz ze swymi skarbami, gadającymi papugami, hakami zamiast dłoni, przepaskami na oczy i drewnianymi nogami złowieszczo stukającymi o trap. Ostała się Wyspa Drake'a, stanowiąca ponoć miejsce jego pochówku i pamięć o Kapitanie Morganie, którego zresztą znają wszyscy wielbiciele rumu. Przed wyprawą w górskie pustkowia Boliwii i peruwiańskie Andy zdecydowaliśmy się nałapać trochę ciepła - łódka zawiozła nas na zupełnie pustą, niewielką, dziką plażę, gdzie mogliśmy wymoczyć się w diabelnie słonej, ciepłej, morskiej wodzie. W miasteczku, robiąc zakupy w mocno zaniedbanym, podupadłym sklepie, spotkaliśmy Polaka (co wcale mnie nie dziwi, bo wszędzie spotykamy swoich) z cumującego w porcie jachtu Luka. Tego, którym na przełomie 2007/2008 roku Tomasz Lewandowski jako szósty żeglarz opłynął świat samotnie, non-stop i w kierunku na zachód, czyli pod przeważające prądy i wiatry. Wcześniej, w drodze do miasta skarbów, pływaliśmy trochę po odnogach Kanału Panamskiego, obserwując poranne pielgrzymki poteżnych statków transportowych, nowonarodzone krokodyle, ptactwo wodne, iguany i czarne howler monkeys (te wyjące). A to dopiero początek obcowania z Naturą - jutro lecimy do Iquitos w peruwiańskiej Amazonii. Prognozy pogody zapowiadają 33stopnie C i przejściowe burze. Oby Paciamama była dla nas łaskawa i oszczędziła nam deszczy...