Znajdujesz się tutaj: Blog Tajlandia - Laos - Wietnam - Kambodża, 2013
 
 

Tajlandia - Laos - Wietnam - Kambodża, 2013

Angkor War reflectionSiem Reap - Bangkok - Brisbane..., 1 - 3 listopada, 2013

W pewnym momencie znów zgubiłam się w czasie. To musiało być gdzieś na nabrzeżu w Brisbane. A może wcześniej - w kambodżańskiej wodnej osadzie na jeziorze Tonle Sap. Gdzieś w załamaniu czasoprzestrzeni dostałam smsa - "daj znać czy wszystko ok, mam nadzieję, że nie byłaś na tym statku, który zatonął". Nie miałam internetu, nie miałam pojęcia, gdzie, jaki statek, dlaczego i kiedy. Leżałam na kanapie w hali odlotów czekając na samolot na Fidżi i marzłam w mrozie klimatyzatorów. Jedna grupa przeszła płynnie w drugą, jedna opowieść wpadła w nurt kolejnej. Kilka kolejnych godzin lotu, wyszarpane, samolotowe drzemki, film o policjantkach z Sandrą Bullock, kilka check-in na Facebook - krajobraz się zmienił, zmieniła się półkula, pora roku, godzina, klimat i krajobrazy.

W ruinach Angkoru była masa ludzi. Przewodnik powiedział, że w lipcu i sierpniu nie ma prawie nikogo, poza intensywnym deszczem. Skwar. Kolejki do zdjęcia koło pochłoniętej przez drzewa bramy z Tomb Rider. Ostatnie zakupy na nocnym targu, a potem już droga do Bangkoku nocne połączenie lotnicze z Australią...

Dwa dni na Fiji - dobry bufor bo i zieleń i słońce i plaża. W prawdziwym świecie (tym, w którym żyjemy na codzień) kilka stopni powyżej zera i jesienna szaruga, a tu wielki błękit, kolorowe rybki koralowe, naładowane szczęściem powietrze i miła odmiana w aspekcie czysto ludzkim - po małych, chudych, szczurowatych Azjatach postawni, ogromni, całkiem przystojni Fidżijczycy. Widać rozwojowi gatunku lepiej służy dieta oparta na mięsie ludzkim niż kocim (Fidżi było największym na świecie ośrodkiem kanibalizmu). Co dziwne, dieta ta ewidentnie wpływ ma głównie na mężczyzn - kobietom jednak lepiej służą koty - Azjatki mają o niebo więcej gracji i wdzięku od kwadratowych, dosyć męskich, postawnych wyspiarek. Wczoraj w miejscowości Navilawa, położonej daleko w górach, próbowaliśmy tradycyjnego napoju kava kava, przyżądzanego z solidego bulwiastego korzenia i wątpliwej czystości wody (nikt jakoś nie skarżył się na problemy żołądkowe, może pomogła przybasenowa, popołudniowa tequila?), oglądaliśmy orchidee w ogrodzie botanicznym Śpiącego Olbrzyma, a w kolejnej wiosce Viseisei trafiliśmy na uroczystości popogrzebowe i wojskową orkiestrę w pełnym umundurowaniu. Mieszkańcy są niespotykanie mili, każdy macha, krzycząc bula, bula, co znaczy tyle, co "cześć". I wszyscy myślą, że jesteśmy z Quebecu, bo nasz język, skoro nie przypomina angielskiego, musi być dziwną odmianą francuskiego. Wyspa żyje z turystyki - głównie ekskluzywnych resortów na różnych wyspach archipelagu, oraz z hodowli trzciny cukrowej... i tak jedna opowieść płynnie przechodzi w drugą... choć ta należy już do zupełnie innego czasu i miejsca. Ale o tym już jutro. Z Sydney.

 

Angkor War reflectionHo Chi Minh City - Phnom Penh - Siem Reap, 29 października - 1 listopada, 2013

W Saigonie saigon. Ruch, piękna tropikalna ulewa i kolejne zmagania komunikacyjne z azjatycką odmianą agielskiego. To, że motorbikes tworzą się motorbajsy, to jeszcze nic - tu electricity ewoluuje w electric-city, gentlemen dostają niewiadomo skąd wyraźnie "t" na końcu, frytki zmieniają się we fren fraj i tylko sformułowania takie jak "hey lady buy something" czy "money, gice me money" - wszędzie brzmią tak samo głośno i zrozumiale. W tunelach Cu Chi, gdzie chowali się żołnierze Vietcongu w czasach wojny z Amerykanami, strzelaliśmy z AK47 i pełzaliśmy w podziemnych korytarzach, przejście graniczne, dzięki niewielkiej łapówce nie zabrało nam zbyt wiele czasu, wieczorem w stolicy Kambodży Phnom Penh, zamiast przebierać się za potwory i świętować Halloween, wybraliśmy masaże i wieczorne spacery nadrzeczną promenadą. Dziś uświadomiłam sobie, że posiadanie króla i tutaj generuje koszmarne różnice społeczne - złoto pałacu kontrastuje zbyt wyraźnie z bylejakością zbudowanych na palach domów, by można nie zwrócić na ten dysonans uwagi. Do Siem Reap jechaliśmy dobre siedem godzin, bo po ostatniej powodzi droga nabrała zgrubień, dziur i uskoków. W S-21, muzeum Pol Pota i reżimu Czerwonych Khmerów sprzedawał swoje książki (tak jak i w zeszłym roku) jeden z siedmiu, którzy przeżyli więzienny koszmar. Nie wiem jak ten człowiek potrafi praktycznie każdego dnia wracać w to samo miejsce (miejsce, o którym pewnie wolałby zapomnieć), patrzeć na druty kolczaste, puste cele, plac, gdzie torturowano ofiary i każdego dnia uśmiechać się szeroko, szczerze, dobrodusznie. Tak, jaby wszystko, co widział i przeżył było tylko snem. Widać taka charakterologiczna uroda mieszkańców tego kraju - po reżimie bardzo szybko potrafili pozbierać się z popiołów, odkreślić przeszłość i pójść do przodu.

Nieuchronnie zbliżamy się do końca trasy. Jutro jeszcze cały dzień w ruinach Angkoru, a potem podróż do Bangkoku, ostatnie zakupy, pakowanie i powrót prosto w listopadowe szpony.

Dziś po drodze do Siem Reap w Spider Village jedliśmy (najodważniejsi) smażone tarantule, pasikoniki i czarne żuki nieznanego pochodzenia). W autobusie furrorę zrobiła peruka Andrzeja. Taka namiastka Halloween :).

 

Angkor War reflection Luang Prabang – Hanoi – Ha Long Bay – Ho Chi Minh City, 26 – 29 października, 2013

W Hanoi pięćdziesiąt róż kosztuje dwa dolary. A Toyota Camry osiemdziesiąt pięć tysięcy. Dolarów oczywiście. Podatek rządowy wynosi dwieście procent wartości samochodu. Mało kogo stać na taki luksus, wszyscy więc jeżdżą na motorach, skuterach i motorowerach, które przez naszego przewodnika o wdzięcznym imieniu Nguyen (połowa, jeśli nie więcej, Wietnamczyków ma tak na imię bądź na nazwisko) zostały przedstawione jako „motorbajs”. Zrozumienie azjatyckiej wersji angielskiego bywa niewyobrażalnie trudne, a bez dobrego słuchu muzycznego staje się czasami wręcz niemożliwe. Nguyen nazywany dla ułatwienia Win, bądź Winner (każdy z przewodników ma przygotowany jakiś nick name mający ułatwić turystom komunikację) i tak radził sobie całkiem nieźle. Stolica zaatakowała nas brzęczeniem i ruchem wielkiego ula. Wietnamczycy są tak mali, drobni i niepozorni, że prawie wcale ich nie ma. Tyle, że ta mikro skala dotycząca jednostki urasta do skali makro w wymiarze tłumu – Hanoi ma siedem milionów mieszkańców, Sajgon dziesięć, a Hai Phong z niewielkim, zaplutym lotniskiem – dwa miliony. Zimą Wietnamczycy jedzą psy, bo psina rozgrzewa. Restauracje nazywane Little Tiger specjalizują się w potrawach z kotów. Nguyen ze śmiechem przyznał – w Wietnamie jemy wszystko co się rusza. Dla potwierdzenia jego słów na drodze z Hanoi do Ha Long minęliśmy motorbajs obładowany klatkami i workami pełnymi miauczących kotów, a chwilę potem kolejny – z klatkami, w których przewożono psy. Motorbajs przewożą wszystko – stosy niebieskich, plastikowych krzeseł, popakowane w paczki jajka, długie na trzy metry bambusowe tyczki, stare silniki, a nawet wodne bawoły ze spętamymi nogami, przerzucone przez tylne siedzenie (tych niestety nie udało nam się zobaczyć na własne oczy). Na ryżowych polach pracują głównie kobiety – mężczyźni za chlebem pouciekali do dużych miast. Różnice społeczne są ogromne. Za opiekę medyczną i edukację wszyscy muszą płacić. Największe majątki mają partyjni, biznesmeni i złodzieje. Dziwny to rodzaj komunizmu. Jakiś taki kapitalistyczny... W ogromych zakładach za Hanoi pracę znaleźli mieszkańcy wsi – produkują apartaty Canon, tyrając po kilkanaście godzin dziennie za żałośnie niesprawiedliwe wynagrodzenie. Nie mają wyboru i pracodawcy świetnie o tym wiedzą. Jawny, oczywisty, akceptowalny wyzysk. A Canonem można przecież zrobić takie dobre zdjęcia... Inwestycje rządowe straszą przy drodze - gołym okiem widać, że nikt tu nie potrafi planować – ani wydatków ani osiedli. Szkielety domów epatują betonem i pustymi oczodołami okien, zarastają bujną ścianą chwastów – nie wprowadzi się tu żadna rodzina, bo nikt nie wpadł na pomysł by zaplanować budowę szkoły i supermarketu, a do miasta jest za daleko. Podobny los spotkał linię kolejową do Hanoi – wiadukt kończy się w szczerym polu, w urwanej, ryżowej przestrzeni – inwestorom zabrakło funduszy. Benzyna w ontaryjskich cenach. Zniknęły towarzyszące nam od początku wyprawy potężne posągi Buddy, pojawiły się za to dziwne, wąskie (metr, półtora metra szerokości), długie, kilkupiętrowe domy. Wietnamczycy mieszkają wzdłuż, a farby zazwyczaj starcza tylko na fasadę. Najlepszy dochód generuje policja, najczęściej z łapówek. Przekroczenie prędkości czy jazda pod wpływem akoholu są surowo karane, ale na ulicach dużych miast piwo piją wszyscy i to w niemałych ilościach, siedząc na mikroskopijnych, plastikowych krzesełkach. W miastach prawdziwe życie toczy się na chodnikach – tu się je, pije, rozmawia i dobija targu. Świat duchowy pełen jest przesądów i zabobonów – w Hanoi pogrzeb odbywa się dwukrotnie – po pięciu latach od pierwszego wyprawia się huczną imprezę, umrzyka wykopuje o północy, bo według wierzeń słońce spala dusze umarłych i nie mogą dostać się do nieba, kości składa do porcelanowej trumienki i chowa ponownie. Kobiety nie wychodzą za mąż w niektórych latach życia (dwudziestym pierwszym, trzecim, szóstym i ósmym) bo ponoć przynosi to pecha. A śluby zazwyczaj odbywają się w poniedziałki.

Na zatoce Ha Long, na odnowionej łodzi Gray Line Cruise (w remont włożono pięćset tysięcy dolarów) załogi było prawie tyle co nas – osiemnastu mini-marynarzy latało jak w ukropie. Wszyscy w białych spodenkach, niebieskich t-shirtach i białych czapkach wyglądali jak gromada pociesznych smurfów. Taka praca to dla nich wielka szansa, w większości pochodzą z małych wiosek, a tu, na statku mogą zarobić nawet 200 dolarów za miesiąc. Średnia pensja w Wietnamie to 300 USD. W Hanoi trochę więcej. Turystyka na Zatoce Ha Long rozkwita coraz pełniej z każdym kolejnym rokiem – w przyszłym dostępne mają już być helikoptery i panoramiczne loty nad Zatoką. Atrakcja dostępna będzie raczej tylko latem, przez krótki okres, kiedy w tej części Wietnamu pojawia się słońce, a niebo nabiera głębokiego błękitu. Mgła nadaje mogotom mistycyzmu, a i tak przecież każdy chce zrobić pocztówkowe zdjęcia, których nie trzeba potem podciągać w Photoshopie. Zachciało nam się zostać dłużej na zatoce, pokręcić się między wapiennymi ostańcami, zajrzeć w czeluście jaskiń, sprawdzić co kryje się pod powierzchnią wody, złapać jakieś kałamarnice, opanować sztukę wycinania kwiatów z korzenia białej rzodkwi... Samolot do Sajgonu jednak by na nas nie zaczekał, więc z bólem serca zeszliśmy na ląd. Na wodzie minął nam półmetek wyprawy. W Ho Chi Minh City przywitał nas ulewny, ciepły deszcz i przewodnik-żartowniś, z którym jutro zwiedzamy miasto. Jakby nie było - niezły Sajgon.

 

Angkor War reflection Chiang Rai – Pakbeng (Laos), 24 - 25 października, 2013

W Pak beng sporo od zeszłego roku sporo się zmieniło – w lodge obok telewizorów pojawiło się wi-fi oraz klimatyzatory, których zastosowanie trudno zrozumieć – w oknach i tak nie ma szyb (zainstalowano moskitiery), więc zimne powietrze natychmiast ucieka w laotańską noc. W centrum miasta (jedna ulica, która zyskała „światowy” wygląd tylko dzięki kilku hostelom i nielicznym przydomowym resturacyjkom) nie zmieniło się dla kontrastu zupełnie nic – nadal handluje się wszystkim, przy czym „wszystko” wygląda jak dobrze przeczesane wysypisko śmieci. Jedyną przydatną do czegokolwiek rzeczą, którą można by kupić okazała się saperka (sam szpadel bez rączki), tyle, że na łodzi jest toaleta, więc jej zastosowanie również pozostaje problematyczne. Po przygranicznym chaosie w Laosie otrzymaliśmy (jednak wszyscy) wizy wjazdowe i tym samym chwilę po dziewiątej rano opuściliśmy Tajlandię, by łodzią, z biegiem Mekongu, dotrzeć do Luang Prabang. Ponoć sporo mamy szczęścia, bo nie dalej jak wczoraj przeszła tędy potężna ulewa i część łodzi nie wypłynęła na rzekę. Wody, brunatnej, niosącej wypłukane z gór gliniaste zbocza, jest faktycznie dużo. Piękne słońce, bryza, bujna, buchająca zielenią i wilgocią przybrzeżna roślinność. W górskiej wiosce bida z nyndzą, śliczne, małe, umorusane gołodupce sprzedające ręcznie robione bransoletki, i radośnie goniące się między chatami prosięta. Skwar. Przepłynęliśmy 190 kilometrów. Zostało 270, wytwórnia laotańskiego wina ryżowego i jaskinie pełne statuetek Buddy.

Wczoraj zaczęło się w Białej Świątyni - Wat Rong Khun – mojej ulubionej na całej trasie, do imentu współczesnej, nowoczesnej, pokazującej zło, grzech, a zamiast scen z życia Buddy – problemy dzisiejszego świata i jego superbohaterów – spidermana, batmana, Michaela Jacksona i kung-fu pandę. No i ten złoty pawilon mieszczący... wychodki. W wiosce Długich Szyi (Karen Village) niektóre twarze wydały mi się dziwnie znajome :-). We wracaniu do tych samych miejsc to jedna z rzeczy, które lubię najbardziej – znajome twarze. Przewodnicy, którzy po kilku wycieczkach przechodzą do kategorii dobrych znajomych, a nawet przyjaciół, powtarzający się artyści, performerzy, sprzedawcy, hotelowi recepcjoniści... w Złotym Trójkącie na granicy Tajlandii, Laosu i Birmy chodziliśmy pod brzuchami słoni przy przyciągnąć więcej szczęścia (słoni posągowych oczywiście), robiliśmy zdjęcia z małymi buddyjskimi mnichami, a niektórzy nawet pokonali stromiznę schodów do zrujnowanej świątyni na wzgórzu z widokiem na rzekę i trójkątną granicę trzech państw. W chaosie przygranicznego targu Mae Sai najlepszą zabawę mieliśmy w sklepie z perukami, a na nocnym targu w Chiang Rai zostało tylko kilka osób – reszta wybrała resortowy basen i wieczorny relaks. W Mae Sai widziałam mnóstwo preparatów wybielających skórę – tu jasna karnacja jest symbolem bogactwa, dobrze płatnej pracy w biurze z klimatyzacją, społecznego statusu. My wystawiamy się na każdy przebłysk słońca udając potem, że pół życia spędzamy w karaibskich resortach, a tu za biel naszej skóry moglibyśmy pewnie dostać w zamian kilka słoni. Ot zwykła ironia towarzysząca wszystkim i wszystkiemu – zawsze chcemy coś innego niż mamy. A trawa po drugiej stronie rzeki jest zawsze bardziej zielona.

 

Angkor War reflection Bangkok - CHIANG RAI 22 - 23 października, 2013

W Tajlandii nie wolno mówić źle o Królu. Nie warto też obrażać Jego Wysokości chociażby na fejsbuku, bo tajne służby mogą taki wpis wyłapać i na przykład odmówić wjazdu do Tajlandii przy kolejnej okazji. Nie mam w sumie nic złego do powiedzenia czy „zapostowania” na temat Króla, bo nie znam człowieka. Co nie zmienia faktu, że zastanawia mnie głęboko cały ten magiczny nimb, który go otacza. Bo na przykład nie sposób dojść do tego jak ten Król w ogóle wygląda. Ma osiemdziesiąt pięć lat, a wszystkie jego przydrożne i naścienne portrety (nie jest ich mało) pokazują go w sile wieku, czyli w okolicach późnej trzydzestki. Z Królowymi i Księżniczkami jest podobnie – mijamy portret kolejnej w drodze na pływający targ – piękna kobieta o nieskazitelnej, białej cerze, ani jednej zmarszczki mimicznej, podejrzana obecność photoshopa, a Nancy, nasza lokalna przewodniczka z uśmiechem oświadcza, że księżniczka właśnie skończyła pięćdziesiąt dziewięć lat. Zawsze wydawało mi się, że Księżniczki i Królowie mieszkają w bajkach, a tu się okazuje, że Tajlandia pretenduje do miana bajkowej krainy. Bo tu naprawdę wszyscy Króla kochają. W muzeum Królowej Sirikit w Pałacu Królewskim w Bangkoku, gdzie wystawiono jedwabne stroje i suknie Jej Wysokości, wyświetlany jest film o królewskim projekcie pomocy dla północy Tajlandii i uruchomieniu na szeroką skalę hodowli jedwabników i produkcji jedwabiu. Nigdy by mi nie przyszło go głowy, żeby pisać list z życiowego zakrętu do Królowej z prośbą o pomoc. Może dlatego, że nigdy nie miałam Królowej. Może dlatego, że boga w człowieku mogłabym dostrzec prawdopodobnie tylko po jakiś ciężkich środkach odurzających. Może dlatego, że inaczej mnie wychowano. Mam nadzieję, że nie wierząc w boskość królewskiego majestatu w żaden sposób go nie obrażam... bo chciałabym jeszcze wrócić do Tajlandii, najchętniej na dlużej i na kurs gotowania. :-)

Dziewięćdziesiąt sześć procent Tajów to buddyści. W samym Bangkoku jest koło czterystu świątyń, w kraju – około trzydziestu tysięcy. Może to częsta medytacja, może główna zasada buddyzmu – czyń drugiemu tak, jak chcesz by tobie czyniono - sprawiają, że Tajowie mają w sobie niekończące się pokłady spokoju. Nikt nie nikogo nie trąbi, choć do czołówki kierowców naród ten raczej nie należy. Nikt się nie przepycha w tłumie (Chińczycy mogliby się sporo nauczyć). Styrane życiem i pracą staruszki sprzedające smażone ma bieżąco kokosowe naleśniki na pływającym targu, pogodnie uśmiechają się do obiektywu. Ludzie często się uśmiechają. Zapytaliśmy dziś naszego przewodnika w Chiang Rai jak to jest z tymi zasadami w buddyzmie, skoro pierwszą jest – nie zabijaj, a za posiadanie narkotyków grozi tu kara śmierci. Okazuje się, że podstawowa idea buddyzmu – świadomość – zakłada możliwość zaistnienia sytuacji zakazanych, kiedy to istnienie jest zasadne. W imię prawa, głodu czy obrony zabić można (ach, w przypadku głodu – zwierzę oczywiście, nie człowieka, choć w sumie nie wiem dlaczego to niby takie oczywiste ;-). W imię lepszej sytuacji można skłamać, w potrzebie socjalizacji można pić (buddyzm zabrania kłamstwa i alkoholu). Sprytnie. 

Siedemdziesiąt procent Tajów zajmuje się rolnictwem. Kraj jest drugim po Wietnamie największym eksporterem ryżu na świat. W drodze na pływający targ mijaliśmy farmy... krewetek i hodowle morskiej soli, używanej między innymi do zasalania anchois (jak twierdzi google transtalor – sardeli). Zrodziło się problematyczne pytanie – czy anchois aka sardele to te same śmieszne, małe rybki, które robią fish massage... Nancy twierdzi, że nie, ale pies ich tam wie...

Na farmie krokodyli oglądaliśmy dwóch wariatów, którzy wsadzali krokodylom w paszcze własne głowy i ręce, magiczne sztuczki podczas których przedmioty znikały i pojawiały się w najdziwniejszych momentach (na szczęście pan magik nie znikną nikogo z nas) i pokaz z udziałem słoni, które kłaniały się, tańczyły, grały w piłkę nożną i schodziły z areny trzymając się nawzajem za ogony. W wiosce kulturowej Rose Garden Village po spektaklu pokazującym zwyczaje, historię i kulturę Tajlandii, na słoniach odbyliśmy też rytualne kółko wokół różanych krzewów. Słonie, podobnie jak krokodyle, wywołały u mnie pewien konflikt moralny – bo o ile słoń strzelający bramki, czy bujający trąbą w takt muzyki prezentuje się dosyć pociesznie, o tyle sama idea uczenia słonia takich sztuczek (czy wyciągania za ogon totalnie ogłupiałego krokodyla z wody) nie bardzo mieści się w mojej prywatnej definicji szacunku dla zwierząt. Na szczęście (bądź nieszczęście, wszystko zależy od punktu widzenia) setki turystów takich dylematów nie ma. Najfajniejszy to był maleńki słoń, który się urodził trzeciego października. Ledwo trzymał się na nogach i jeszcze nic nie wiedział o swoim piłkarskim przeznaczeniu.

Wieczór zakończył się w Silom Village, już po powrocie do stolicy, podczas kolacji i pokazu klasycznego tańca tajskiego do dźwięków udajacych muzykę, a których kakofonicznym brzmieniem KGB mogłoby z powodzeniem torturować przesłuchiwanych. Dziś od rana Dzień Buddy – najpierw widzieliśmy tego ze złota, który waży 5.5 tony, zrobiony jest z osiemnastokaratowego kruszcu (jako laik w kwestiach błyskotek nie wiem czy to dużo czy mało, ale ponoć całkiem całkiem) i jest nawiększym na świecie złotym posągiem Buddy, potem tego szmaragdowego ze świątyni Pałacu Królweskiego, a na koniec leżącego w Wat Pho i kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset innych statui usadowionych w całym kompleksie świątynnym. Andrzej z Winnipegu nauczył się liczyć do dziesięciu po tajsku, a my z autobusowych lekcji zapamiętamliśmy kapkun’ka i kapkun’krab (żeńska i męska forma słowa dziękuję) oraz chian-rakun  co w oryginalne pisowni: C̄hạn rạk khuṇ (ฉันรักคุณ) znaczy „kocham Cię”. Ponoć można powiedzieć także rakun-krab – wyjątkowo romantyczne wyznanie miłości. Jest głęboka, ciepła, cicha, świerszczowa noc w Chiang Rai. Jutro kolejny piękny dzień. Life is good.

 

Angkor War reflection Bangkok. 21 października, 2013

Nie mam pojęcia gdzie doszło do załamania czasoprzestrzeni - niedojże nagle nastał 21 października, to jeszcze okazało się, że to poniedziałek, a nie niedziela. Nie żeby daty, czy dni tygodnia miały jakiekolwiek znaczenie - po prostu zupełnie zagubiłam się w czasie. Od momentu w którym wyszłam z domu do momentu, gdy wczoraj w nocy dotarłam do hotelu przy lotnisku w Bangkoku minęły 43 godziny, z czego przynajmniej 12 do dziś udaje nieistnienie. Znajdą się pewnie na samym końcu i przywloką ze sobą jakiś gigantyczny jetlag. Tymczasem wszyscy jesteśmy w stolicy Królestwa Tajlandii, z zupełnie niezrozumiałych wzglęgdów nazywanej (stolicy, nie Tajlandii) Miastem Aniołów. Ewentualna zmiana nazwy na Miasto Upadłych Aniołów byłaby bardziej adekwatna. Były masaże, tajska kuchnia i wieczorne myszkowanie po PatPongu. Anielice wyległy na mokre po błyskawicznej ulewie ulice. Nie miały widać parcia na szkło i notorycznie ustawiały się zadnią częścią do obiektywu. Gdyby im zapłacić pozowałyby pewnie lepiej niż Linda Evangelista. Przy słynnej seksturystyce w Bangkoku pojawił się nowy, konkurencyjny nurt - powstają ulice-dzielnice z chłopcami... dla chłopców. Trochę mi tu wonieje dyskryminacją płci, bo jeśli dziewczyny są dla chłopców i chłopcy są dla chłopców, to co jest dla dziewczyn? Podróbki markowych torebek na PatPongu? Jest jeszcze więcej skuterów i wychudzonych, miauczących przeraźliwie kotów. Upał i huk te same. Przejście przez ulicę walką o byt. I generalnie miasto lepiej wygląda nocą niż za dnia. Jak i te odpicowane, wymalowane Anielice. Ot i Bangkok - przypudrowany równo, z doklejonymi, sztucznymi rzęsami, na niebotycznych szpilach. Obudzi się rano w odorze gnijących śmieci, spalinach i gęstniejącym upale. Dziesięć milionów mieszkańców stolicy musi przecież jakoś zarobić na miskę ryżu.

 

Angkor War reflection Toronto. 18 października, 2013

Samolotu jeszcze nie ma na płycie lotniska. Nie ma kolejki do odprawy. Nie ma nas na lotnisku. Jeszcze chwila. Jeszcze kilkanaście godzin. Czas zatoczył kolejne koło. Plecak znów spakowany, posegregowane dokumenty, rezewacje, wydruki, waluty (zawsze jakieś drobniaki się po kieszeniach pochowają). W Niagara Falls ciepła, pastelowa, głęboka jesień. Poranki rześkie, wieczory coraz bardziej przenikliwie zimne. Po tamtej stronie globu jest dwanaście godzin różnicy czasu i trzydzieści trzy stopnie celsjusza. Może i Bangkok nie jest moim ulubionym miastem na świecie, ale nie mogę się już doczekać półtoragodzinnego tajskiego masażu, masażu stóp z akupresurą, wonnego masażu głowy... i shrimp red curry:-). Nigdzie tajskie jedzenie nie smakuje tak, jak w Tajlandii. I nigdzie nie robią tak dobrych, a przy tym śmiesznie tanich masaży. Jedzie nas siła drzemiąca w Dwudziestu Dwóch żądnych nowych wrażen i przygód. Komu w drogę temu United. I Etihad.