Znajdujesz się tutaj: Blog Fidżi - Australia - Nowa Zelandia; listopad 2013
 
 

Fidżi - Australia - Nowa Zelandia; listopad 2013

KANGUR23 - 24 listopada, 2013; Fox Glacier - Christchurch

Zanim wszyscy odlecieli (i szczęśliwie dolecieli) do domu, w Fox Glacier, bladym świtem, pięcioosobową ekipą, polecieliśmy helikopterem na lodowiec Fox. Widoczność ostra jak brzytwa, powietrze rześkie, szczyty monumentalne, białe, nienachalnie przypominajace nam, że istnieje w przyrodzie takie zjawisko jak śnieg, który zresztą na pewno czeka już na nas w domu. Czekał. Tyle, że po kanadyjskim śniegu nie biega się w japonkach i nie paraduje z gołym brzuchem, a po lodowcu Fox i owszem. Góra Cook'a, najwyższy szczyt Nowej Zelandii, pokazała nam się w całej okazałości, co ponoć zdarza się stosunkowo rzadko. Do Christchurch wyruszyliśmy chwilę po lądowaniu i przez kolejne filmowe plany i scenerie dotarliśmy późnym popołudniem. Jest taka roślina, przywieziona nieopatrznie na wyspy, wściekle żółta, pewna siebie i ekspansywna (żarnowiec miotlasty), której nikt nie lubi, bo chwaści łąki, wzgórza, cały krajobraz. Tyle, że ten cały żarnowiec, nawet jeśli jest chwastem pospolitym, dodaje zaskakującego uroku nowozelandzkim pejzażom. Pięknie kontrastuje z zielenią łąk i szalonym błękitem jezior. Można by nim było obsadzić Christchurch. Najsmutniejsze miasto świata.

Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło miasto na początku 2011, uprzątnięto gruzy. Puste place straszą szarością, gdzieniegdzie leżą jeszcze resztki zbrojeń, żelazne sztaby, druty - wyprute brutalnie z hoteli, biurowców i kamienic wnętrzności. Wieczorem w centrum kiedyś najpiękniejszego miasta Nowej Zelandii nie ma nikogo poza kilkoma zamyślonymi turystami. Odbudowano kilka hoteli, w zadaszeniu białych namiotów urządzono dyskotekę - tu imprezy w weekendy trwają do świtu, bo nie ma tu nikogo, komu przeszkadzałby hałas. Budynki, w których kiedyś mieściły się butiki, sklepy, banki i kafeterie zastąpiono kolorowymi, blaszanymi kontenerami, zabytkowy tramwaj co jakiś czas robi honorową rundkę wokół nieistniejącego centrum miasta. Christchurch powoli podnosi się z gruzów. Piękna anglikańska katedra ze zdewastowaną fasadą dobitnie świadczy o ludzkiej nieudolności w podejmowaniu decyzji. Rozebrać? Ratować? Budować od zera? Na razie postawiono zastępczą katedrę z papieru. Japońska technologia, czas budowy - dziesięć dni. Nowa światynia zarabia na odbudowę miasta - można tu urządzić konferencję, koncert, a nawet pokaz mody. I nikogo to nie dziwi, nie bulwersuje, bo przecież cel uświęca środki, a miasto musi kiedyś stanąć na nogi. Bo kiedyś stanie. Chyba, że znów zatrzęsie się ziemia...

Ostatni wieczór spędziliśmy wszyscy przy wspólnym stole i nowozelandzkim winie w hotelu Ibis, jednym z niewielu odbudowanych. I każdy z nas doszedł do tego samego wniosku. Fajnie byłoby kiedyś tu wrócić na dłużej.

KANGUR18 - 22 listopada, 2013; Rotorua - Taupo - Wellington - Queenstown - Fox Glacier.

Trawię. Każdego dnia napycham się pięknem po same uszy, a potem trawię. Nowa Zelandia, z każdym dniem i każdym przejechanym kilometrem zachwyca mnie coraz bardziej. Kradnie mi serce. Jest Ziemią Obiecaną, utopijną krainą mlekiem i miodem manuka płynącą, Eldorado, gdzie wciąż po ulewnych deszczach w rzece Arrow znaleźć można samorodki złota. Ktoś mi powiedział - ładnie, ale nudno, niewiele się dzieje. Może i nowozelandzkie miasta nie powalają na kolana, ale przecież nie o miasta tu chodzi. Nie umiem znaleźć w tym kraju żadnych negatywnych stron. Jedyny minus to ogromna dziura ozonowa, która akurat upodobała sobie niebo nad Wyspami. Wszystko inne - krajobrazy, ludzie, środowisko naturalne, klimat, żywność, myślenie, styl życia, zasady i reguły życia społecznego, polityczne idee i rozwiązania, powietrze, przyroda... wszystko praktycznie, od A do Z, od zmierzchu do świtu, jest takie, jakie być powinno. Poza dziurą. I małymi, czarnymi, niezwykle upierdliwymi meszkami, które niemiłosiernie tną. Jest jeszcze jedna kwestia - do niby-raju nie tak łatwo się dostać. Oprócz wszelkich formalności imigracyjno-prawnych trzeba wygrać w totka albo znaleźć obrzydliwie bogatą ciotkę nieboszczkę, która właśnie postanowiła zapisać nam cały spadek. Kawałek ziemi na Południowej Wyspie, stado owiec i niekończące się pokłady świętego spokoju... Po całym ładunku piękna, jakiego się tu najadłam, po Robertowych opowieściach i wszystkich możliwościach aktywnego spędzania wolnego czasu, jakie zapewnia ten kraj, wiem, że na pewno będę musiała tu kiedyś wrócić. Może nie prędko, ale kiedyś na pewno.

Zbliżamy się do mety - zniszczonego przez trzęsienie ziemi w 2011 Christchurch, które powoli podnosi się z gruzów. Pojutrze zaczniemy przez pół świata wracać do domu. Dziś doszliśmy do czoła lodowca Fox Glacier, na jutro zaplanowany mamy lot helikopteram nad lodowcem i do góry Cook'a. Przejechaliśmy szmat drogi (2205 km sam przejazd, z przelotem Wellington - Christchurch: 2641km), głównie w palącym słońcu. Ktoś zapytał wczoraj - to dokąd teraz lecisz? Jakaś kolejna grupa?. Tym razem lecę do domu. Nareszcie.

 

KANGUR16 - 17 listopada, 2013; Auckland - Rotorua

Auckland nie powaliło nas na kolana. Z perspektywy Mt. Eden - powulkanicznego wzgórza - rozległe, zielone i całkiem przyjemnie położone nad zatoką, z bliska okazało się brudnawe, nudnawe i zasiedziane przez lumpów ciągnących tanie wino prosto z gwinta. Taniemu winu nie ma się co dziwić - tu najtańszy sauvignon blanc za dziewięc dolarów kosztuje o niebo lepiej niż większość białych win z Europy, Ameryki Połodniowej i RPA. Queen Street, główną ulicą miasta, przemaszerował protest przeciwko gwałtom, a ekipa monterów przyprawiała rogi wielkiemu reniferowi, który zawisł na fasadzie jednego z centrów handlowych obok słusznych rozmiarów św. Mikołaja. Nie z miast jednak, a z pejzaży Nowa Zelandia słynie, a najpiękniejsze wciąż przed nami.

Zaczęło się od świetlików (glow worms) zamieszkujących jaskinię Waitomo. Świetliki ogląda się z łodzi, w zupełniej ciemności, z niewidocznej, czarnej wody podziemnej rzeki. Wrażenie jest trochę takie, jakby Drogę Mleczną zawiesić sobie dwa metry nad głową. Kilka chwil czystej magii. Przejazd do Rotorua, wulkanicznej doliny, a właściwie ogromnej kaldery, tętniącej życiem i kulturą maoryską, pełen był opowieści o historii wyspy, zwyczajach, tradycjach tak współczesnych jak i pierwszych Nowozelandczyków. Było o maoryskiej sztuce tatuażu, o tym jak przez Unię Europejską hodowla krów i przetwórstwo mleczne wyprzedziły hodowlę owiec i przemysł wełniany, o tarciach Maorysów z potomkami brytyjskich imperialistów, a tym co można zrobić ze strusia, o stosunkach politycznych z USA, o szkolnictwie, drzewach kauri i białym winie. Możemy sobie bowiem być Kanadyjczykami, nie ma jednak jak "swój", polskojęzyczny (a przy tym fajny) przewodnik. No i skończył się problem rozkminiania kluskowatego, australijskiego akcentu. Będziemy tak podróżować przez północną i południową wyspę.

W Rotorua poszliśmy do termalnej wioski Whakarewarewa, gdzie na bulgoczących, plujących siarkowym dymem gejzerach, do dziś mieszkają maorysi. Domy mają oczywiście całkiem współczesne, samochody w garażach i anteny satelitarne na dachach, ale posiłki przyrządzają w naturalnych parownikach, a kąpią się w łaźniach z termalną wodą. Wieczorem w Tamaki Maori Village, oprócz tradycyjnego tańca haka i artystycznych popisów na scenie, w świetnie zaaranżowanej prawiosce weszliśmy trochę głębiej w zwyczaje i tradycje Maorysów. Zaczynamy podbój kraju kiwi, rugby, owiec, miodu manuka i zielonych, wulkanicznych wzgórz, które docenił Peter Jackson, kręcąc tu Władcę Pierścieni... 

 

KANGUR15 listopada, 2013; Gold Coast - Auckland, Nowa Zelandia

Są trzy sytuacje, w których jestem w stanie nie tyle zmusić się do wczesnego wstania, co zrobić to z przyjemnością: samolot o wczesnej godzinie, wyjazd na narty i widok Oceanu za oknem. Tym razem Ocean wytrącił mnie z zawiesiny snu. O szóstej słońce grzało już całkiem mocno - z hotelu, prosto przez mączny, wytrawiony z żółci piasek, pobiegłam w fale. Nic nie stawia na nogi lepiej niż porządny łyk diabelnie słonej wody, którą nie trudno się zachłysnąć, kiedy kolejny morski bałwan przetacza się nad głową. Dobrze nam zrobił ten dzień na plaży. Gold Coast, raj surferów, ma stuprocentowo wakacyjny klimat - w środku tygodnia, zamiast pracować, dziesiątki młodych ludzi wskakuje na deski i śmiga po falach. Jest w tym zjawisku potężna dawka wolności, swobody i zupełnie prostej radości życia płynącej ze słońca, wiatru i wody. Nie chciało się nam zwijać z plaży, pakować walizek, nie chciało nam się wcale do Nowej Zelandii. Wieczorem przetoczyła się kolejna burza, samolot do Auckland wyleciał z lekkim opóźnieniem. Po dziewięciu dniach w Australii i - jakby nie było - bardzo powierzchownym liźnięciu jej natury doszłam do wniosku, że to idealny kraj na emeryturę dla milionerów :-). Tu widać, na każdym kroku, że poziom życia społeczeństwa jest odpowiednio wysoki i luksusowy, dobrobyt ten jednak nie jest ani ostentacyjny ani kiczowaty - wszystko subtelne, wyważone, z klasą. W samym Sydney można by spędzić dwa tygodnie i się nie nudzić. Dłuższe wakacje w Gold Coast musiałyby się pewnie skończyć kursem surfingu, a Melbourne okazałoby się jeszcze bardziej zagadkowym i eklektycznym miastem. Czas jest w dzisiejszych czasach chyba największym przywilejem. Bo przecież nikt nigdy na nic tego czasu nie ma. Urlopu mało, snu mało, rozmów i towarzyskich spotkań mało, czasu dla najbliższych jeszcze mniej... Kawa "to go", jednorazowe sztućce i plastikowe pojeminiki, wszystko w biegu, zalać wrzątkiem, odczekać trzy minuty, gotowe. Przydałoby nam się więcej czasu. Wszystkim. Na wszystko. Bo przecież apetyt rośnie w miarę jedzenia, a my ledwo co poznaliśmy smak Australii...

 

KANGUR13 – 14 listopada, 2013: Great Barrier Reef / Cairns – Gold Coast

Są światy, w których nie ma dzikich tabunów turystów. Światy bez fleszy, bez kolejek, bez szwargotu różnych języków i dialektów, światy bez biletów wstępu. Są na Ziemi miejsca, gdzie jest tak cicho, że usłyszeć możesz własny oddech i subtelne chrobotanie, które zapowiada ogromną, zielono-fioletową, psychodelicznie neonową, głodną rybę, skubiącą rafę. O Wielkiej Rafie Koralowej słyszałam tyle dobrego, co złego – że jest przepiękna i że jest zupełnie zniszczona, że ma kolory tęczy i że drażni oko szarością, że pełno w niej życia i że dawno umarła. Prawda taka, że wszystko zależy od tego z kim i gdzie płyniesz. My popłynęliśmy z Passion of Paradise i była to trafna decyzja. Nowy, piękny katamaran, świetna, dowcipna, bardzo pomocna i profesjonalna załoga, nowy sprzęt, przystępne jak na Australię ceny, a przede wszystkim rewelacyjne miejsca do snorkelingu. Rafa żyje. Ma obłędne kolory i setki tęczowych ryb, ma małe rekiny, płaszczki z błękitnymi cętkami, ogromne żółwie i specyficzną ciszę, jakiej nie ma żadne inne miejce na świecie. Było nas Siedmiu Wspaniałych, a zabawa zaczęła się w momencie prób wciśnięcia się w czarne, piankowe kostiumy, mające chronić przed zimnem i potencjalnymi meduzami. Trzy godziny w wodzie (półtorej przy Coral Paradise i półtorej przy piaszczystej wyspie w środku morskiego błękitu) dziwnie szybko nam minęły. Podwodny świat hipnotyzuje, uspokaja, wycisza i mami. Kto nie poszedł snorklować na rafie, poszedł na spacer, na plażę, albo na basen, a właściwie miejską lagunę, wokół której koncentruje się plażowe życie towarzyskie Cairns. Następnego dnia, przed deszczowe Brisbane dotarliśmy do Gold Coast – Raju Surferów. Hotel tuż przy plaży więc bez wieczornego spaceru nie mogło się obejść. Jutro relaks, piasek, słońce, fale – ostatni australijski dzień przed wylotem do Nowej Zelandii.

 

KANGUR10 – 12 listopada, 2013 – Great Ocean Road – Melbourne – Cairns

Zanim oczarowało nas Melbourne, prosto z lotniska w Avalon ruszyliśmy na Great Ocean Road. Temperatura spadła drastycznie (z 30 stopni w Sydnej, po półtorej godzinie lotu, 10 stopni w Melbourne). Dziś, w Cairns, w strefie australijskiego lasu deszczowego i Wielkiej Rafy koralowej znów dobiła nas wilgoć i wysoki słupek rtęci. Nie tylko temperatury dobitnie świadczą o przestrzeniach i zróżnicowaniu tego kontynentu. Roślinność jest tu zadziwiająca. Wzdłuż Great Ocean Road, w okolicach Parku Narodowego Campbell, rosną tylko niskie krzaki i krzewinki, ostre trawy i skalne porosty. Dwunastu Apostołów (w rzeczywistości dziewięciu, bo resztę zjadł Ocean) i Razorback , należą do jednej z największych geologicznych, krajobrazowych i turystycznych atrakcji stanu Victoria. Po drodze, nim nie wygonił nas jakiś zabugiony w tej okolicy deszcz, karmiliśmy kolorowe papugi – trochę mniej oczywiste od krakowskich gołębi rynkowcyh. Darły się wniebogłosy i wydziubywały ziarna prosto z ręki. Obok, niewzruszone, obojętne na papuzi zgiełk, spały na pobliskich drzewach dwa, zamotane eukaliptusem, miesie koala. Bohaterami zostały jednak pingwiny z Wyspy Filipa i ich niezwykły marsz – systematyczny, codzienny, zawsze o tej samej porze, zawsze z Oceanu wprost od własnego domu. Po zmierzchu, tak by uniknąć drapieżników.

Melbourne to jedno z tych miast, w których mogłabym mieszkać. Bardzo ciekawe architektonicznie (każde możliwe: styl, budulec i idea), w centrum kompaktowe – spacer uliczkami między stacją kolejową a budynkiem starej poczty przez piękne, handlowe arkady, należy do najprzyjemniejszych. Pełno ludzi, darmowy turystyczny tramwaj, ceny w restauracjach bardziej przystępne, czysto na ulicach. Tylko wieje, że głowę urywa, bo dookoła wszędzie równiny po horyzont. Rano samolot do Cairns i trzygodzinna podróż w zupełnie inne miejsce i klimat.

 

KANGURBrisbane - Nadi - Sydney 3 - 9 listopada, 2013

(...) dwa dni na Fiji - dobry bufor bo i zieleń i słońce i plaża. W prawdziwym świecie (tym, w którym żyjemy na codzień) kilka stopni powyżej zera i jesienna szaruga, a tu wielki błękit, kolorowe rybki koralowe, naładowane szczęściem powietrze i miła odmiana w aspekcie czysto ludzkim - po małych, chudych, szczurowatych Azjatach postawni, ogromni, całkiem przystojni Fidżijczycy. Widać rozwojowi gatunku lepiej służy dieta oparta na mięsie ludzkim niż kocim (Fidżi było największym na świecie ośrodkiem kanibalizmu). Co dziwne, dieta ta ewidentnie wpływ ma głównie na mężczyzn - kobietom jednak lepiej służą koty - Azjatki mają o niebo więcej gracji i wdzięku od kwadratowych, dosyć męskich, postawnych wyspiarek. Wczoraj w miejscowości Navilawa, położonej daleko w górach, próbowaliśmy tradycyjnego napoju kava kava, przyżądzanego z solidego bulwiastego korzenia i wątpliwej czystości wody (nikt jakoś nie skarżył się na problemy żołądkowe, może pomogła przybasenowa, popołudniowa tequila?), oglądaliśmy orchidee w ogrodzie botanicznym Śpiącego Olbrzyma, a w kolejnej wiosce Viseisei trafiliśmy na uroczystości popogrzebowe i wojskową orkiestrę w pełnym umundurowaniu. Mieszkańcy są niespotykanie mili, każdy macha, krzycząc bula, bula, co znaczy tyle, co "cześć". I wszyscy myślą, że jesteśmy z Quebecu, bo nasz język, skoro nie przypomina angielskiego, musi być dziwną odmianą francuskiego. Wyspa żyje z turystyki - głównie ekskluzywnych resortów na różnych wyspach archipelagu, oraz z hodowli trzciny cukrowej... i tak jedna opowieść płynnie przechodzi w drugą... choć ta należy już do zupełnie innego czasu i miejsca. Ale o tym już jutro. Z Sydney.

 

Czasami zupełnie nowe miejsca wymagają dużo uwagi i czasu. Niełatwo jest ogarnąć najmniejszy kontynent świata, ułożyć na nim mozaikę ze słów, znaczeń, oczarowań i zachwytów. Australia, głównie w wymiarze turystycznym, choć i codzienność lubi zaskakiwać, jest absurdalnie droga. Od małej butelki wody za cztery dolary, przez t-shirt za czterdzieści po domy wartości kilkudziesięciu milionów dolarów. Nadroższy, za sześćdziesiąt dwa miliony, kupił ostatnio jakiś chiński biznesmen, który postanowił wysłać swoje dzieci na jeden z uniwersytetów w Sydney, a co za tym idzie – zapewnić im przyzwoity dach nad głową. Samo miasto, położone nad zatoką Port Jackson na rozległych wzgórzach, przez co porównane jest czasami do San Francisco, ma urok, szyk, klasę i atmosferę, jakiej nie spotka się prawdopodobnie nigdzie na świecie. W portach sennie kołyszą się jachty (co czwarty mieszkaniec Sydney ma własną łajbę), przy plażach o zmierzchu i świcie krecą się rekiny, szaleńczo kwitną żakarandy, a lewostronny ruch na zaskakująco wąskich, krętych ulicach sprzyja powstawaniu kilometrowych korków. Pierwsze spotkanie okazuje się tak zaskakujące, jak z niewyjaśnionego powodu oczywiste – w Phillip’s Foot, gdzie jedziemy prosto z lotniska na lunch, dziewczyna pracująca w barze okazuje się Polką. Eddie, nasz przewodnik, przypomina za to Greak Zorbę, a ciężki australijski akcent kierowcy zupełnie nie przypomina angielskiego słyszanego gdziekolwiek w Ameryce Północnej.

Zbudowana z piaskowca najstarsza część miasta, w którym historia zaczęła się ledwo 225 lat temu (pierwsza osada w miejscu dzisiejszego Sydnej została założona przez Brytyjczyków 26 stycznia 1788 roku) to osobliwa, acz pełna uroku, mieszkanka starej architektury brytyjskiej z nowoczesnymi rozwiązaniami. Londyńskie budki telefoniczne i antyczne, czerwone skrzynki pocztowe kontrastują ze szkłem biurowców, historyczne puby (z połowy XIX wieku) – Lord Nelson Hotel czy The Hero of Waterloo uwielbiane przez lokalnych piwoszy z nowoczesnymi restauracjami, pełnymi po brzegi super eleganckich klientów. To zjawisko najbardziej chyba odróżnia Sydnej od wszystkich wielkich miast Ameryki Północnej, a nawet i Europy – wieczorami (głównie w weekendy) potężny tłum Sydejczyków wylega na ulice miasta, wychodzi na kolacje, drinki, towarzystkie spotkania, a dodać trzeba, że wychodzi w wielki stylu – brak tu amerykańskiej niedbałości i bylejakości – dziewczyny wystrojone, na niebotycznych szpilach, w mini kieckach, zrobione jak na bal, panowie w marynarkach, wypastowanych butach, rozsiewający zapachy drogich wód kolońskich – wszyscy z jakąś taką, naturalną, niewymuszoną swobodą, uśmiechem, bez pompy, bez nadęcia... tak jakby duża dawka słońca, wody i wiatru dawała im permanentne poczucie wolności i luzu.

W Sydney nie czuje się wyobcowania – próbowaliśmy na różne sposoby zmieszać się z tłumem - kilka osób wybrało się na balet do Opery, kilka na wieczorną sesję fotograficzną, ktoś zniknął w jakiejś bramie rozrywkowej dzielnicy King’s Cross, ktoś zapatrzył się na rekiny w Oceanarium, ktoś wpadł na piwo do najstarszego pubu w mieście Lord Nelson Hotel, kogoś zmógł sen. Była degustacja win w Hunter Valley i rewelacyjne, robione ręcznie, według starych, domowych receptur, lokalne sery. Była wyprawa do Blue Mountains, o których kolorze decydują ogromne połacie lasów eukaliptusowych i niezapomniana wizyta w Featherdale Wildlife Centre, gdzie mieszkają kangury, wallabies, oposy, wombaty, najpiękniejsze na świecie, zupełnie zamotane, misie koala. I jeden, samotny krokodyl, który nikogo nie lubi (do tego stopnia, że pożarł dwie swoje potencjalne partnerki).

Zanim zdążyliśmy najeść się sydnejskim powierzem, trzeba było ruszać dalej. Powiedziano nam – Melbourne nie będzie wam się podobało bardziej... może to tylko lokalny patriotyzm?