Znajdujesz się tutaj: Blog EKWADOR & GALAPAGOS 2014
 
 

EKWADOR & GALAPAGOS 2014

JASZCZUR Z GALAPAGOSPiosenka z GALAPAGOS (na melodię "Morskich opowieści").

1). Była raz wycieczki która

wyruszyła hej z Toronto

Hiszpańskiego się uczyli,

a wołali pronto

2). Polecieli przez Panamę

rum Abuelo zakupili

Nim do Quito dolecieli

już wszystko wypili

Ref: Hej dobrze jest nam nam razem,

hej dobrze się bawimy;

Jak wszystko zobaczymy,

do domu wrócimy. /śpiewamy co dwie zwrotki żeby nie wydłużać w nieskończoność/

3). Prosto z Quito nas zawieźli

tam gdzie są gorące źródła

Wszyscy bardzo są spragnieni

piją rum wprost z kubła

4). Następnego dnia o świcie

Na równiku ciężka sprawa

Ktoś na gwoździu chciał postawić

 nasze polskie jaja

 5). A z równika dla kontrastu

na lodowiec nas zawieźli

chociaż każdy miał ochotę,

 to nie wszyscy wleźli

 6). W tym momencie warto wspomnieć

 że mieliśmy przewodników

Ela za Chaskym co mieszkają

 Tutaj na równiku

7). Chasky to jest dziwnie imię

 i dlatego cała grupa

przechciła go hej na Cześka

 I udaje głupa

8). Żeby fruwać jak kondory

Czesiek spełnia wolę naszą

I na linie wdłuż kanionu

śmiercią wszystkich straszą.

9). W piątek ciuchcia nas powiozła

przez Nos Diabła i kaniony

małe muszki nas obsiadły

każdy pogryziony...

10). Po tych wszystkich trudach, znojach

trochę fun'u się należy

Krzyś urządził cumpelaños

 paru poszło w baños

11). Chociaż Cuenca to miasteczko

 stosunkowo jest nieduże

 nam udało się tam przeżyć

wulkaniczną burzę

12). Wszystko to się stalo w nocy

i to było dobrą lekcją

 Bo niektórym się myliła

erupcja z erekcją

13). Izabela I Florena

Położone są tak pieknie

Gdy nadarzy sie okazja

Wrócimy tu chętnie

14). Każda wyspa ma historię

Ptaki, gady no i płazy

Wszystko jest na naszych zdjęciach

Nawet setki razy.

15). Chociaż chłody były w planie

Słońce nam świeciło z góry

Mimo kremów z dużym filtrem

Popaliło skóry

16). Żarcie tutaj jest wspaniałe,

Kraby, octopusa rogi

Wszystkim jednak leci ślinka

Gdy wspomną pierogi

17). Raz wywieźli nas daleko

I nurkować nam kazali

Byśmy to, co jest pod wodą

Wszyscy podziwiali

18).. Wskoczyliśmy więc w otchłanie

Rekin na nas łypie okiem

Żółwie i koniki morskie

Mijają nas bokiem.

19). Świat podwodny, kolorowy,

Nie jest już nikomu obcy

Rybie, żółwie, ośmiornice

Nie spotkasz tu owcy

20). Następniego dnia o świcie

Łódka sunie oceanem

Złowiliśmy trzy tuńczyki

Będą na śniadanie

21). Jednak Jhovier nasz przewodnik

Wszystkie rybki skrzętnie schował

My obeszliśmy się smakiem

Jego boli głowa

22). Dziś żegnamy Galapagos

Piękne wyspy opuszczamy

Lecz wspomnienia dni gorących

z sobą zabieramy

23). Jeszcze tylko dwa dni w Quito

czas gdzieś pędzi niesłychanie

I już jemy w Ekwadorze ostatnie śniadanie

24). Tak się kończy piosnka nasza

Która puentą jest podróży

Choć wracamy już do domu

Smutno nam na duszy

25). Wszyscy pewnie się dziwicie

Skąd się wzięły te wojaże

Zapytajcie Kai z Pawłem

Oni drogowskazem

 

JASZCZUR Z GALAPAGOSOBIECANE OPOWIEŚCI z GALAPAGOS

Galapagos to archipelag dziewiętnastu wysp pochodzenia wulkanicznego. Nazywane w szesnastym wieku Las Encantadas (Wyspy Zaczarowane), narodzone z morza i ognia, tworzą prehistoryczny skrawek świata stanowiący osobliwe muzeum ewolucji. Baltra (Seymour South), pierwsza z sześciu wysp, które przyszło nam poznać, sprawia wrażenie niegościnnej i jałowej. Półpustynne krajobrazy, wyschnięta roślinność, kaktusy, w porcie kilka ciekawskich morskich iguan, spory turystyczny ruch. Podczas II Wojny Światowej na Baltrze stacjonowały Amerykańskie Siły Powietrzne, patrolujące ruch łodzi podwodnych wroga i strzegące strategicznego Kanału Panamskiego. Obecność amerykańskiego wojska zadecydowała o dalszych losach wyspy – dziś, oprócz lotniska cywilnego, znajduje się tu baza wojsk ekwadorskich. Od najbardziej rozwiniętej turystycznie wyspy Santa Cruz z portowym miasteczkiem Puerto Ayora dzieli ją wąski kanał Itabaca, po którym tam i z powrotem kursują promy przeworzące kolejne grupy gringos. Na lotnisku czeka Paweł. Spalony równikowym słońcem przypomina wyciągniętego z wrzątku homara. Jedziemy do portu, przerzucamy się przez kanał, w drodze do hotelu oglądamy pierwsze lawowe zapadliska Los Gemelos i rezerwat żółwi. Pierwszy od razu zostaje gwiazdą, uwieczniony na wszystkich dwudziestu kartach SD naszych aparatów fotograficznych. Jemy lunch. Żółwie skubią trawę wydając dźwięk podobny młodym cielakom. Są ogromne. Mogą ważyć nawet 400 kilo. Ujęte z właściwej perspektywy wyglądają na jeszcze większe. Są zupełnie niezwykłe. Mogą wytrzymać bez pożywienia i wody przed rok. Kopulują przez 40 godzin. Przesypiają 16 godzin z każdej doby. Zjadają trujące jabłka (poison apple - Hippomane mancinella), które pomagają im na problemy gastyczne. Ich płeć rozpoznać można po gabarytach (samice są mniejsze), ogonach (samce mają znacznie większe) i podbrzuszu (samce mają wklęsłe żołądki, a co za tym idzie – skorupę).Chodzimy po zaroślach w wielkich, czarnych gumowcach. Niebo straszy ulewą. Nikomu się nie spieszy, żółwie nigdzie nie uciekną. Nie osiągają prędkości większej niż 0.3 km/h. Kiedy podchodzimy zbyt blisko (Proszę Państwa, proszę dwa metry od żółwia!) wydają głośny syk, obkurczają się i chowają głowy w skorupy. Ilona postanawia sprawdzić jak to jest nosić swój dom na plecach i włazi w ogromną, pustą, samczą skorupę. Karmimy ją trawą i robimy foty. Kiedyś te giganty stanowiły główne źródło pożywienia dla hiszpańskich piratów, a podczas prób kolonizacji wysp w pierwszej połowie XIX w ich tłuszcz był pozyskiwany i używany jako „paliwo” do lamp ulicznych na trotuarach Hiszpanii. Przez ludzką bezmyślność i chciwość galapagoskie żółwie o mały włos by wyginęły. Dziś praktycznie każda wyspa prowadzi ośrodki rozrodu i hodowli kilkunastu podgatunków tych prehistorycznych gadów. Bez pomocy człowieka żółwie nie miałyby szans – w naturalnym środowisku maluchy narażone są na głód predatrów (na przykład przywiezionych przez człowieka szczurów), a ich umieralność sięga prawie stu procent.

Santa Cruz, nasza główna baza wypadowa, druga co do wielkości wyspa, jest w rzeczywistości uśpionym wulkanem, który po raz ostatni przebudził się ponad milion lat temu. Pozostałością po wulkanicznej aktywności jest dwukilometrowy lawowy tunel, częściowo dostępny dla turystów. Puerto Ayora to największe miasteczko na Galapagos z populacją przekraczającą 12 tysięcy osób. Główną ulicę nazwano Avenida Charles Darwin. Tu znajduje się też Centrum Badawcze imienia ojca ewolucji oraz główna siedziba zarządu Parku Narodowego Galapagos. Wieczorem idziemy na kolację, blue fin tuna – stek z tuńczyka podany w wersji półsurowej, białe wino, świeże, grilowane kalmary. Wracając, przy pomostach, obserwujemy małe rekiny rafowe i słuchamy gardłowego poszczekiwania lwów morskich. To dopiero początek przygód na Galapagos, a już wiemy na pewno, że to zupełnie unikalne, niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju miejsce.

Przeświadczenie to potwierdza się już następnego dnia, gdy dobijamy do brzegów Floreany – najwcześniej zasiedlonej wyspy archipelagu.Niewytłumaczalna, prastara energia wyspy emanuje ze skarłowaciałych, omszonych drzew, wielkich lawowych głazów, paruje z błotnistej ziemi, z hukiem rozbija się o skaliste brzegi. W porcie napotykamy problem opuszczenia łodzi – wszystkie schody prowadzące na nabrzeże zajęte są przez wylegujące się na rozgrzanym betonie lwy morskie. Jeszcze do niedawna przypuszczano, że to ten sam gatunek, który występuje w Kaliforii, okazało się jednak że galapaskie lwy morskie są dla wysp endemiczne. I wyjątkowo towarzyskie. Najbardziej smutna wśród morskich lwów jest zasada naturalnej selekcji. Kiedy z jakiegoś powodu ginie matka, małe nie ma szans przeżyć. Tu nie ma miejsca na empatię, adopcję, pomoc innej morskiej lwicy. Wręcz odwotnie – morskie lwiątko jest przeganiane i szybko ginie śmiercią głodową. Kilka zielono-ceglastych morskich iguan można wypatrzyć wśród czarnych, lawowych głazów. Jedziemy przerobioną na niby-autobus ciężarówką w głąb wyspy. Im wyżej się pniemy tym bardziej obniża się niebo. Z gęstniejących, szarych, chmurzastych strzępów zaczyna siąpić ciepły deszcz. Są żółwie o błyszczących od deszczu skorupach i czujnym spojrzeniu mikroskopijnych oczu. Są pirackie jaskinie na stokach Asilo de la Paz, nigdy nieodkryte skarby i drażniący posmak tajemnicy. Kiedyś ukrywał się tu słynny osiemnastowieczny irlandzki pirat Patrick Watkins, pierwszy oficjalny mieszkaniec wyspy, któremu przypisuje się wprowadznie cytrusów.

Jak bardzo inaczej wyglądały wyspy, gdy w 1535 odkrył je przypadkiem hiszpański żeglarz Tomas de Berlanga, którego, w rejsie z Panamy zniosły tu morskie prądy? Jak wiele tego niesamowitego świata człowiek zdłążył zniszczyć? Deszcz się nasila. Wracamy do portu. Jadę na pace z miejscowym przewodnikiem, któremu jakaś szalona galapaska kobieta do nazwiska Guerrero (Wojownik) dobrała imiona Ghandi Lenin. Błoto pryska spod kół, bujna zieleń paruje. Wystawiam twarz do chmur. To jedna z tych chwil, która zostanie – dotyk ciepłego, tropikanego deszczu, gorąca wilgoć, bezbrzeżne poczucie wolności. Na Floreanie brak naturalnych zbiorników słodkiej wody, stąd deszcz dla niecałej setki mieszkańców wyspy jest jak zbawienie – zasili sztuczne zbiorniki, pozwoli przetrwać do kolejnych opadów. Nam trochę miesza w planach na popołudnie. Robi się chłodniej, woda w Pacyfiku temperaturą bardziej przypomina lipcowy Bałtyk niż karaibskie akweny. Teoretycznie jest pora deszczowa (na Galapagos szczyt sezonu), chimeryczność aury nie powinna więc nas dziwić. Wkrótce (na nasze szczęście) okaże się, że ten deszcz to tylko jednorazowy foch.

Isabella od pierszego momentu staje się naszą ulubioną wyspą. Jest zupełnie inna niż pozostałe, nie tylko ze względu na rozmiary (jest największa) i równikowe położenie (jedyna przez którą przechodzi linia równika). W porcie nie ma ani jednej wolnej ławki, wszystkie plastikowe leżaki też są już zajęte – wygrzewają się na nich sjestujące lwy morskie. W Puerto Villamil, największym miasteczku wyspy, drogi są wyłącznie piaszczyste. Jest niewielki plac z kilkoma sennymi restauracjami, posterunkiem policji i bardzo oryginalnym kościołem – biały, prosty budynek zdobią witraże przedstawiające endemiczne gatunki zwierząt, przy ołtarzu naturalnych rozmiarów figura żółwia, Chrystus zstępuje z nieba na plażę wśród palmy. Z balkonów naszego hotelu widać niekończący się błękit Pacyfiku. Płyniemy do Cabo Rosa Tunnels - naturalnego akwarium stworzonego przez zastygłą lawę. Transfery między wsypami zajmują koło półtorej do dwóch godzin. Łodzie mają dwa, czasem trzy duże silniki, prują fale z prędkością dwudziestu pięciu węzłów (ok 45km/h). Kiedy Ocean mocniej się marszczy zaczyna bujać. Najbardziej rzuca na dziobie, więc podjazdowa walka o miejsca na rufie staje się codziennym porannym rytuałem. Niektórzy gorzej znoszą bujanie, więc mają pierwszeństwo. Chcemy zobaczyć mewy widłosterne, mewy galapagoskie, wielki i średnie fregaty, głuptaki niebieskonogie, rybitwy brunatne, pelikany brunatne i flamingi, ale pawie niekoniecznie. W Cabo Rosa Tunnels woda jest spokojna, krystalicznie czysta, mieni się w słońcu wszystkimi odcieniami turkusu. Lawowe łuki, przesmyki, tunele szczeliny tworzą świetne środowisko dla wszelkich morskich istnień. Skaczemy po lawie, porośniętej kandelabrowymi kaktusami i kwitnącą właśnie opuncją. Na Galapagos opuncja wyrasta w potężnych rozmiarów drzewa. Podczas snorkielingu udaje nam się zobaczyć koniki morskie, mnóstwo kolorowych ryb i pierwsze morskie żółwie. Pływają majestatycznie, powoli, jakby frunęły przez morskie odmęty. Wieczorem przy panamskim Abuelo układamy kolejne zwrotki ekwadorskiej piosenki-tasiemca na melodię Morskich Opowieści. Każdy dzień jest jak znaleziona w pirackim kufrze perła.

Historia Isabeli ma sporo cieni. W latach 1945 – 1959 istniała tu kolonia karna, zbudowana kamień po kamieniu rękami więźniów, z których wielu przypłaciło ten wysiłek życiem – dziś zabytek historyczny nazywany Murem Łez (El Muro de las Lagrimas) górujący w krajobrazie, przypomina o czasach mroku i cierpienia. Wracając ze ściany płaczu odwiedzamy różne zakątki tutejszych mokradeł (The Wetlands) – mangrowia, gdzie na idelnie białym piasku o konsystencji mąki ziemniaczanej wygrzewają się iguany, laguny, w których brodzą wściekle różowe flamingi, Túnel del Estero powstały podczas erupcji wulkanicznych tunel, którym można przejść podczas odpływu, suche lasy kaktusowe, Ośrodek Hodowli Żółwii Olbrzymich, Playa de Amor, gdzie gnieżdżą i rozmnażają się iguany. Kończymy orzeźwiającą kąpielą w oceanie na idealnej, jakby wyciętej dokładnie z jakiegoś wakacyjnego katalogu plaży, w której powstaniu trudno doszukać się romantyzmu. Niespotykanej jakości piasek to nic innego jak przetrawiony przed ryby koralowiec. Jedna ryba z gatunku skarusowatych (papugoryba - parrot fish) może “wyprodukować” nawet do 90 kg piasku rocznie. Obserwujemy je podczas snorkelingów – mienią się neonową zielenią, błękitem i amarantem. Są też małe, niegroźne rekiny rafowe (whitetip reef shark), które w ciągu upalnych dni odpoczywają na piaszczystym dnie. Lwy morskie przepływają całkiem blisko, widujemy żółwie, ogromne manty, elektryczne węgorze – podwodny świat Galapagos jest równie niezwykły jak ten wyspiarski.

Podczas całodniowej wycieczki do wyspy Pinzon mamy okazję pływać z całą tą morską bandą osobliwości. Tego dnia, ze względu na jakieś skomplikowane parkowe przepisy, zostajemy podzieleni na dwie grupy. Z kilkoma osobami ląduję na łajbie z młodym, międzynarodowym towarzystwem – są Holendrzy, czterdziestokilkuletni Włoch z matką i niemiecka para rasta-wegetarian. Siedzę na górnym pokładzie zaraz koło kapitana z maminsynkowatym Włochem Dario, słuchamy Boba Marleya z jego iPoda i próbujemy dogadać się mieszanką jego kiepskiego angielskiego i mojego wciąż dalekiego od perfecji hiszpańskiego. Pyta co robię. Tłumaczę. Czyli chcesz mi powiedzieć, że właśnie to, to Twoja praca? Pyta z niedowierzaniem. Ocean. Fale. Słońce. Bryza we włosach szorstkich od soli. Bob Marley. W Toronto – 15C i kolejne opady śniegu. Tak, to właśnie jest moja praca – odpowiadam i samej trudno mi w tym momencie w to uwierzyć. Tego dnia trzaskamy świetne zdjęcia głuptaków niebieskonogich – siedzą na skałach i zupełnie nic nie robią sobie z naszej wścibskiej obecności.

Nasza ostatnia wyspa to San Christobal, gdzie 16 września 1835 roku swą stopę po raz pierwszy postawił Charles Darwin. Kotwiczymy na ostatnią noc w Puerto Baquerizo Moreno, zostawiamy rzeczy w hotelu i ruszamy do Uśpionego Lwa (Leon Dormido lub Kicker Rock) – wystającej z oceanu ogromnej skały, wokół której powstało naturalne, przebogate akwarium. Dna nie widać, w dwudziestometrowej otchłani lewitują dziesiątki morskich żółwi. Prądy są silne, fale wyższe niż w zatokach, ale podwodny świat urzekająco piękny, wart każdego wysiłku, ruchu płetw, słonej wody w ustach. Ostatnie spojrzenie na wyspę, Pacyfik i bezkres, tuż przed wylotem do Quito rzucamy z Cerro Tijeretas (Wgórze Fregat), gdzie znajduje się pomnik Darwina i ulubiona plaża surferów Punta Carola. Może i brakuje nam słodkiej wody w prysznicach i trochę za mocno przysmażyło nas równikowe słońce, ale nikt jakoś specjalnie nie tęskni do zimy.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS3 - 9 lutego 2014; GALAPAGOS

Wiem, że powstała czarna dziura informacyjna w naszej podróżniczej blogosferze, ale stało się tak tylko i wyłącznie z powodu braku normalnie działającego na wyspach internetu. Z tym internetem to powinno być tak: albo jest i działa albo nie ma go wcale i jest święty spokój. Nic nie frustruje bardziej, jak cowieczorne, wielogodzinne, zakończone fiaskiem próby połączenia się z siecią. Jest tyle innych rzeczy, które można robić w tym czasie... słuchać fal, pić zime piwo, jeść świeżo złowinego tuńczyka w wersji medium-rear, gawędzić o cudach niewidach, które danego dnia przeszły nam przez drogę... o olbrzymich żółwiach, o fokach wylegujących się w porcie na wszystkich leżakach i ławkach, o konikach morskich, o słońcu, którego wszyscy po troszę mamy już dość, o planach na kolejny dzień. Nucić "Galapagos" Sławy Przybylskiej. Przy Panamskim Dziadku (rum Abuelo) układać stoktórąś zwrotkę piosenki i naszej wyprawie do melodii "Morskich opowieści". Na lądzie internet hula bez zastrzeżeń, ale piętrzące się opowieści i zdarzenia nie mieszczą się nijak w ilości czasu przeznaczonego na pracę, sen i kolejne dwa dni zwiedzania, które jeszcze nam zostały. Obiecuję więc te wszystkie historie poskładać w jedną całość wkrótce. Może w samolocie z Panamy do Toronto. Pojutrze. Bo aby opowiedzieć o Galapagos trzeba mieć naprawdę morze czasu.

Dim lights Embed Embed this video on your site

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS2 lutego 2014; CUENCA - GUAYAQUIL

Rano wszystkie ulice Cuenca pokrył wulkaniczny pył. Tungurahua, wulkan, który mijaliśmy w drodze do Riobamba, wypluł z siebie ogromne ilości popiołów. Czesiek kupił wszystkim maseczki chirurgiczne w aptece i aż do Parku Narodowego Cajas podróżowaliśmy jak grupa nawiedzonych Japończyków. Tres Cruces na 4167m n.p.m to nasz ostatni andyjski przystanek. I ostatnie podmuchy górskiego, orzeźwiającego powietrza. Im niżej zjeżdżaliśmy tym bardziej zmieniał się krajobraz. Od nagich, poszarpanych szczytów, przez zagajniki drzew papierowych, aż po bujną, tropikalną zieleń, poprzetykaną palmami bananowymi i drzewkami mango. Grubszą chwilę przed Guayaquil pojawiły się plantacje kawy, kakao i ryżowe pola. Zrobiło się piekielnie gorąco, suche powietrze wypełniła oceaniczna wilgoć. Guayaquil to największe i najbardziej, chaotyczne, a zarazem niebezpieczne miasto Ekwadoru (jak to w zwyczaju mają duże metropolie w wielu zakątkach świata). Ponad cztery miliony ludności i niezliczone ilości świateł na każdym możliwym skrzyżowaniu. Po kilku ładnych godzinach w autobusie długi spacer przez park zamieszkały przed iguany, wzdłuż wybrzeża Malecon aż do dzielnicy cyganerii Las Peñas dobrze nam zrobił. Jedynie z wieczornego piwa (na które każdy w tropikalny wieczór nabiera ochoty) nici, bo jak się okazało, w Ekwadorze w niedzielę nikt nikomu alkoholu nie sprzeda. Za to już jutro lecimy na Galapagos. Przez najbliższy tydzień pełne słońce i temperatury powyżej 30 stopni. Jeszcze zatęsknimy za górskim chłodem...

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS1 lutego 2014; CUENCA

Jeśli któreś z Ekwadorskich miast faktycznie powinno znaleźć się na liście Dziedzictwa Narodowego UNESCO, na pewno jest to Cuenca. Najpiękniejsze i trzecie do wielkości miasto ma w sobie kolonialny urok peruwiańskiego Cusco, tyle, że bez nachalniej turystycznej prostytucji. Praktycznie każna fasada, każda brama, balkon, wykusz, okiennica to osobne dzieło sztuki. Z punktu widokowego Turi ładnie widać architektoniczny ład pokrytych ceglastą dachówką dachów, nad głównym placem Parque Calderon, góruje potężna katedra z 1885 roku z trzema błękitnymi kopułami. Na Targu Kwiatów otumania zapach ekwadorskich róż i lilii, a i tak najbardziej barwnym miejsciem miasta jest lokalny targ, gdzie piętrzy się bób, fasola, kilkanaście odmian kukurydzy, wiązki ziół, gdzie zaszlachtowane, wiejskie kury wyciągają ku niebu kurze łapki, a wielkie pieczone prosiaki stanowią sedno popołudniowego posiłku kupujących. Targ jest do imentu autentyczny i mogłabym spędzić tu cały dzień robiąc zdjęcia pomarszczonym, andyjskim staruszkom, sprzedającym mandarynki i świeżą, zieloną cebulę. Bardzo ciekawym okazało się muzemu kapeluszy Panama, które w rzeczywistości swój początek zawdzięczają Ekwadorczykom a nie, jak mogłaby wskazywać nazwa – Panamczykom. Większość z nas skusiła się na słynny Panama Hat – krojów, rozmiarów i modeli do wyboru było tak wiele, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Po południu odwiedziliśmu Chordeleg – niewielkie miasteczko słynące z wyrobu biżuterii filigranowej (ażurowej) ze złota i srebra. Coraz bliżej też mamy do wylotu na Galapagos. Coraz częściej śnią nam się żółwie i wielkie, prehistoryczne jaszczury.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS31 stycznia 2014; RIOBAMBA – ALAUSI – INCAPIRCA – CUENCA

Pociąg, który z Alausi do Sibambe i z powrotem jeździ trzy razy dziennie, jest uważany nie tylko za jedną z największych turystycznych atrakcji Ekwadoru, ale także za jeden z najtrudniejszych i najbradziej spektakularnych widokowo na kontynencie południowoamerykańskim. Nariz del Diablo (nos diabła), to sporych rozmiarów góra mająca przypominać diabelskie oblicze. Kiedyś szczyt ten nazywano Gniazdem Kondorów, ze względu na obecność andyjskich panów przestworzy w tym właśnie miejscu. Niestety – ludzie, ich ambicje, plany, działania i dynamit wypłoszyły kondory z okolicy.

Jeszcze do niedawna atrakcyjność pociągu zwiększała możliwość podróżowania na dachu, jednak ze wzgledów bezpieczeństwa, z uwagi na liczne wypadki, zlikwidowano wagon – kabriolet. Dziś podróżuje się w klimatyzowanych, starodawnych wagonach, z dwujęzycznym komentarzem lokalnego przewodnika. Może wiatru we włosach nie można poczuć, ale i tak wrażenia pozostają niezapomniane.

Samo miasteczko Alausi, skąd wyrusza pociąg, to niewielka, czysta miejscowość, nad którą pieczę sprawuje św. Piotr. Obok kolorowych fasad kamienic, niebotycznych palm i stacji kolejowej, wokół której zdaje się toczyć całe życie, dzieje się niewiele, chyba, że akurat tak się zdarzy, że pojawi się polska grupa z solenizantem na czele. Urodziny Krzysztofa obchodziliśmy w lokalnej, rodzinnej restauracji udekorowanej na modłę typowo latynoską – dużo różu, brokatu, myszka Miki i bienvenidos a mi cumpleanos, biało-czerwony tort z truskawkami (kolorystyka chyba jednak przypadkowa), dużo wina, muzykanci, którzy okazali się prawdziwymi artystami (Malaguenia w ich wykonaniu niejedną z pań doprowadziła do łez), tańce, hulanki, swawole. I kilku przechodniów z nosem wlepionym w szybę. Urodziny z taką ilością gringos to chyba niecodzienne zjawisko w Alausi. Droga do Cuenca minęła nam wyjątkowo szybko – impreza urodzinowa samoistnie przeniosła się na pokład autobusu. Chiaski został oficjalnie ochrzczony Cześkiem. I pękło wszystko, co pęknąć mogło. Do Ingapirca, inkaskich ruin, dotarliśmy akurat na typowo andyjski zachód słonca. W rozległej dolinie kumkały żaby i cicho zapadał zmrok – jedna z magicznych chwil, którą wspomina się latami.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS30 stycznia 2014; Banos - Riobamba

Baños de Agua Santa, popularnie nazywane po prostu Baños, to malowniczo położona na stromych uskokach aktywnegp wulkanu Tungurahua miejscowość z sanktuarium Dziewicy Świętej Wody. Baños to także brama do Amazonii, tu bowiem Andy przechodzą w nadamazońską dżunglę - zmienia się klimat – temperatura i wilgotność powietrza rosną, roślinność bucha zielenią, życiem i amazońską, prastarą energią. Główną atrakcję Baños stanowią liczne gorące źródła i kaskady, dlatego też zaczęliśmy od przejazdu tarabitą, staromodnej i kiczowatej urody kolejką linową, przez rzekę Pastaza nad rozległą doliną. Potem poszliśmy krok dalej i na kilkanaście sekund zostaliśmy kondorami – lataliśmy jak ptaki nad kolejną doliną, przypięci w uprzęrzach w pozycji horyzontalno-ptasiej. Początkowo ostrożni, rozkręciliśmy się do tego stopnia, że Ewa i Ilo poleciały na canopy line dwa razy, zdecydowała się też Marysia i Danka, które początkowo sceptycznie podchodziły do idei latania. Świetna adrenalina w pięknych okolicznościach przyrody. Wycieczka do wodospadu Pailón del Diablo (Diabelska Patelnia) dla kilku osób zakończyła się mokro – od tarasu widokowego krętym, niskim chodnikiem wykutym w skale wypełznąć można aż za wodospad. Po lunchowym pstrągu i zakupach na przyparkowych straganach, w samym Baños, raczyliśmy się lekko wzmocnionym sokiem z trzciny cukrowej, przegryzając... trzciną cukrową. Słońce, relaks, drobne zakupy, mnóstwo adrenaliny. Do Riobamby dojechaliśmy offroadową, starą Drogą Wulkanów. Pobliski Tungurahua wypluł trochę wulkanicznego pyłu, kiedy my próbowaliśmy trzcinowych trunków. Potężna dolina, popiół, lahary, ogromne głazy, osuwiska, pozostałości zniszczonych przez lawę domów. Dzień, który zaczął się tak emocjonująco, nie mógł skończyć się prozaicznie. W Riobamba, w hotelu przy koacji i canelaso, rozwinęły się inne talenty naszej grupy - od oratorskich, przez śpiewacze po taneczne i komediowe. Dobrze nam razem.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS29 stycznia 2014; Quito - Park Narodowy Cotopaxi - Banos

Cotopaxi jest drugim na świecie najwyższym, wciąż czynnym wulkanem. Wznosi się na 5897m n.p.m. i wybucha średnio co czterysta lat. Najbardziej spektakularny wybuch miał miejsce w 1878-88, kiedy Cotopaxi przez cały rok pluł lawą, a popioły dotarły aż do wybrzeży Pacyfiku. Od 1904, kiedy miejsce miała ostatnia erupcja, Cotopaxi drzemie. Według sejsmologów na razie nie planuje się budzić. To jednak wciąż jeden z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie, czynny od ponad 4 tysięcy lat.

Autobusem wyjechaliśmy na 4500m n.p.m. Chmury pełzały nisko, zasłaniając potęgę wulkanu. Tu, poza laharami (spływy popiołowe), formacjami zastygłej lawy i rachityczną roślinnością typową dla andyjskiego parano nie ma zupełnie nic – puste, rdzawe od wytrąceń żelaza, poszarpane, nieprzyjazne przestrzenie, po których duje wiatr. Wielka równina u stóp Cotopaxi przed 1904 była głębokim kanionem, który wypełniła spływająca lawa. Do schroniska Jose Rivas na 4864m n.p.m doszło nas trzynastu. Odcinek 264 metrów zabrał nam prawie dwie godziny. Im wyżej, tym bardziej bolał każdy krok. Satysfakcja jednak była jeszcze większa, gdy okazało się, że dotarliśmy wyżej niż Mont Blanc (4810m. n.p.m). Kilkuminutowe zejście tą samą drogą uświadomiło nam jeszcze wyraźniej, jak ciężko poruszać się na takich wysokościach. Sorocze na szczęście nie dopadło nikogo, poza mną ;-).

Rano odwiedziliśmy lokalny targ w Machiachi, ekwadorskiej stolicy ziemniaków. W Ekwadorze hoduje się 26 różnych odmian, w całej Ameryce Południowej występuje około 1200 gatunków. W drodze z Parku Narodowego Cotopaxi do Banos zatrzymaliśmy się w Salasaca na indiańskim targu rękodzieła. Lud Salasaca słynie głównie z tkanych ręcznie, prastarą techniką gobelinów, przedstawiających sceny codziennego życia, my jednak masowo kupowaliśmy kolorowe... hamaki. Wieczorem korzystając z bliskości wulkanów i termalnych wód Banos grzaliśmy się w gorących źródłach. Najtrudniejszy i najwyższy dzień wyprawy za nami.

/ERRATA: Mój ojciec powtarzał mi zawsze - nigdy nie pisz o niczym, czego sama nie przeżyłaś. Miał rację. Nie przeżyłam wyprawy do term w Banos, bo padłam pokonana przez sorocze. Dopiero rano dowiedziałam się, że nic nie wyszło z planów kąpieli w gorących żródłach - za dużo było ludzi i chyba okazali się nazbyt autentyczni. Była natomiast dobra kolacja i dobre wino. I humory dnia następnego przednie./

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS28 stycznia 2014; Termas de Papallacta - Quito

Pierwsza noc na dużych wysokściach rzadko jest gęsta i ciężka od snu, jednak pobudka wśród tropikalnej, pełnej niespotykanych kolorów i form roślinności, nawet o szóstej rano, to czysta przyjemność. Powietrze cudownie rześkie, parujące termy, powoli wyłaniające się zza chmur potężne szczyty okolicznych gór. Z Termas de Papallacta wróciliśmy do Quito, po drodze próbując wypatrzeć jakiegoś kondora. Niestety w całym Ekwadorze żyje ich (według rejestracji) tylko 26 sztuk, w Peru 66, w Kolumbii 4 i w Wenezulei 2. Po dwóch godzinach jazdy ze sporym okładem codziennych korków, wylądowaliśmy w Mitad del Mundo, gdzie najpierw Francuzi, a potem technologia GPS wyznaczyli linię równika. W niewielkim muzeum poznaliśmy fascynującą technikę shrunken heads, którą do dziś stosują plemiona zamieszkujące ekwadorską część Amazonii, tyle, że trofea pozyskują ze zwierzęcych, a nie jak kiedyś ludzkich, głów. Czterdzieści procent ludności Ekwadoru stanowi ludność rdzenna i wciąż istnieją tu pelmiona, które nie utrzymują żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym. Ludy tych plemion wiedzą, że nie należy sikać w rzece, gdyż w wodach amazońskich żyje pewien gatunek ryby, którą woń uruny przyciąga i zaprasza do osiedlenia się w genitaliach. Wiedzą co znaczy nianta maniaczi czy mai muta kangi (pokaż mi drogę i skąd jesteś), bo ich rodzimym językiem jest keczua, a nie przywieziony z Europy hiszpański. Jedzą świnki morskie i nie widzą w tym żadnego problemu. Na równiku, obok serii zdjęć na obu półkulach, robiliśmy różne eksperymenty mające dowieść odmiennej w tym miejscu siły grawitacji. Woda kręciła się w lewo po jednej stronie linii równika, w prawo po drugiej, a ustawiona dokładnie na linii przeleciała przez zlew nie kręcąc się wcale. Ewa i Marysia odebrały dyplomy za ustawienie surowego jajka na gwoździu. Nikt nie przeszedł prosto po równiku z zamkniętymi oczami i wyciągniętymi do lotu ramionami. Na równiku, wokół całej Ziemi, nigdy i nigdzie nie występują cyklony, tajfuny i huragany. Tutaj istnieje zjawisko zatrzymania i wyzerowania wszystkich sił. Nawet człowiek, stojąc na linii równika stawia mniejsyz opór, ma mniej siły fizycznej i kilogram mniej wagi. Niestety tylko kilogram i niestety tylko przez pierwsze dwa tygodnie. Przez trzy minuty 21 marca i 21 września na równiku nie ma cienia. Wcale. Nocą widać zarówno Krzyż Południa jak i Gwiazdę Północną.

Zaskoczył nas dziś wyjątkowo dobry stan lokalnych dróg. Budowa siatki komunikacyjnej na miarę niemieckich autostrad to obecnie największy priorytet rządu, a właściwie rządzącego od siedmiu lat lewicowego prezydenta Rafaela Correa. Ekwador to czternastomilionowy kraj podzielony na trzydzieści partii politycznych, uważany od kilku lat za jedno z najbardziej bezpiecznych państw Ameryki Południowej. Edukacja do osiemnastego roku życia jest tu darmowa i obowiązkowa, państwowe uniwerstytety są bezpłatne, za opiekę zdrowotną jednak płacić trzeba. W niektórych regionach, jak na przykład okolice Vilcabamba, ludzie dożywają nawet i studwudziestu lat. Główną siłą napędową ekonomii Ekwadoru jest ropa naftowa wędrująca rurociągiem transandyjskim, na dużą skalę eksportuje się banany, róże i krewetki. Do lat 50. ubiegłego wieku Ekwador był największym na świecie eksporterem kakao. Państwo nie ma swojej waluty (sucre) od 1998, kiedy jedyną metodą na zaradzenie ogromnej inflacji było wprowadzenie dolara amerykańskiego. Co ciekawe – nikt nie jest tu za bardzo chętny do przyjmowania banknotów studolarowych.

W Quito podjechaliśmy to monumentalnej Katedry Narodowej (Basílica del Voto Nacional) i stamtąd, drogą Siedmiu Kościołów, czy też Drogą Siedmiu Krzyży doszliśmy do Placu Niepodległości, Konwentu św.Franciszka a następnie La Ronda – miejsca gdzie pierwsi Hiszpanie budowali dwoje domy. To ogromne, rozległe miasto z ludnością sięgającą 2,6 miliona, położone na wzgórzach, o topografii trochę przypominającej La Paz i architekturze delikatnie nawiązującej do Cusco, co nie dziwi, wszak to kolejny, kolonialny ośrodek Ameryki Południowej. Wieczór zastał nas na wzgórzu El Panecillo, w najwyższym punkcie miasta, gdzie pod skrzydłami Matki Boskiej Virgen de Quito, w zapadającym miękko zmierzchu rozgrzewaliśmy się canelaso – lokalnym, gorącym napitkiem na bazie cynamonu, soku jabłkowego i bimbru z trzciny cukrowej. Deszcz lunął w momencie, gdy weszliśmy do hotelu, choć zapowiadał się w internecie na cały dzień. Takie niesprawdzające się prognozy pogody bardzo nam się podobają.

 

JASZCZUR Z GALAPAGOS27 stycznia 2014; Toronto - Panama - Quito - Termas de Papallacta

Kiedy wyjeżdżaliśmy po czwartej rano z Niagara Falls na torontońskie lotnisko, była taka śnieżyca, że poza białą, hipnotyczną ścianą wirującego puchu nie było widać kompletnie nic.

W Panamie, po pięciu godzinach lotu, przechodząc rękawem z samolotu na terminal buchnęła w nas fala tropikalnego gorąca - trzydzieści dwa stopnie, pełne słońce, wilgoć. Półtorej godziny później wylądowaliśmy w Quito. Wysokość 2800m n.p.m., dwadzieścia stopni, rześkie, wysokogóskie powietrze, lekki zawrót głowy. Przez Rezerwat Ekologiczny Antisana i Rezerwat Biologiczny Cayambe – Coca, przekraczając przełęcz w kordylierze wschodniej Andów na wysokości 4200m n.p.m. dojechaliśmy do Termas de Papallacta - położonego u stóp wulkanu Antisana ośrodka słynącego z gorących źródeł. Sama nazwa miejscowości Papallacta to połączenie dwóch słów - hiszpańskich ziemniaków (papas) i keczuańskiej wioski (llacta), tyle, że na tej wysokości nikt ziemniaków nie hoduje, więc nie do końca jest jasne skąd się wzięła. Tu śpimy, grzejemy się w termalnych wodach i zapominamy o ontaryjskiej zimie. Kolejne przygody czekają!