Znajdujesz się tutaj: Blog Wielkanoc na Filipinach; HONG KONG - MACAU - SINGAPUR - INDONEZJA - MALEZJA; 6 - 25 kwietnia 2014.
 
 

Wielkanoc na Filipinach; HONG KONG - MACAU - SINGAPUR - INDONEZJA - MALEZJA; 6 - 25 kwietnia 2014.

Bali, Wyspa Bogów20 - 24 kwietnia 2014; Mindoro - Boracay

Na filipińskich wyspach - najpierw Mindoro, a potem Boracay, pochłonęły nas wakacyjne wibracje. Bo słońce, bo woda, bo rum tani, a dziewczyny piękne. Złapaliśmy trochę brązu i trochę wiatru we włosy. Były kąpiele w wodospadach i wioska rdzennej ludności Mangyan, która to ludność wydała mi się jakoś bardziej na zachodnią modłę ucywilizowana niż dwa lata temu, może przez nową drogę i domy, postawione z rządowych funduszy. Była promowa przeprawa z Roxas na Boracay, a potem trzy dni luzu, wodnych szaleństw i porządna impreza przy okazji imienin naszych czterech Jurków. Nurkowaliśmy w specjalnych hełmach, karmiąc chmary kolorowych rybek, lataliśmy na parasailing, pływaliśmy na żaglówkach, jeździliśmy na bananie (taka gumowa niby-łódź w kształcie banana), a wieczorami w nabrzeżnych restauracjach próbowaliśmy owoców morza na wszystkie możliwe sposoby. Kiedy kilka dni później lądowaliśmy w Torotno było plus siedem i padał drobny, zimny deszcz. Raj i wieczne lato zostały daleko. Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami...

Bali, Wyspa Bogów19 kwietnia 2014; Angeles City – Manila

Siedzimy w restauracji naszego zamku Tropicana na Mindoro i zabieramy się za malowanie pisanek. Jest gorący wieczór, na ulice wylegli Filipińczycy zachęcający do wynajmu skutera i Filipinki zachęcające do wynajmu ich samych. To, że się jest na końcu świata nie zwalnia z tradycji. Mamy dwadzieścia jajek na twardo i markery, które jakimś cudem udało mi się znaleźć w maleńkim sklepiku, gdzie sprzedawali przysłowiowy szwarc mydło i powidło. Zajęcia plastyczne czas zacząć!

Rano wyjechaliśmy z Angeles City w kierunku Manili i dalej na południe Luzonu do portu w Batangas. Udało nam się ominąć korki - kierowca miał akurat urodziny i chyba chciał zdążyć na imprezę. Manilia jest jednym z najsmutniejszych i najbrzydszych miast, jakie widziałam - ogromne centra handlowe i Call Centers w niebotycznych wieżowcach wyrastają z morza rozpadających się ceglanych chat, krytych blachą falistą. Są bogate enklawy, jak Mc Kinley Hill z siedmioma międzynarodowymi szkołami i ambasadami, zbudowane na odzyskanych terenach wojskowych, jeden z największych cmentarzy świata nazwany Heritage Park, a Paris Hilton zainwestowała tu w firmę developerską i buduje apartamenty reklamowane: "It’s a paradise with Paris at the Azure", okraszone zdjęciem gwiazdy. Filipińczycy obok samochodów jeepneys produkują też własne telefony komórkowe myPhone 13 USD za sztukę.

W porcie czeka banca, godzinę później cumujemy na Mindoro. Lubię to miasteczko, zamek Tropikana, Filipiny. Kiedy szukam markerów spotykam grupkę dzieciaków śpiewających na schodach Katy Perry - and you gonna hear me roar. Zachód jest wszędzie. Tu też.

piasnki filipińskie 2014

 

Bali, Wyspa Bogów18 kwietnia 2014; Angeles City – San Fernando/San Pedro Cutud

O 4:30 rano niektóre ulice Manili były pełne ludzi. Nocne czuwanie wielkopiątkowe odbywało się na chodnikach, krawężnikach, jezdniach i schodach. Wjeżdżając chwilę po 6:00 am do Angeles City zobaczyliśmy pierwszych biczowników. Szli wolnym krokiem, z czarnymi workami na głowach, z krwistymi plecami, miarowo okładając się drewnianymi szczotami. Potem było już tylko gęściej, goręcej i bardziej czerwono. Spory kawałek drogi musieliśmy przejśc pod filipińską Golgotę piechotą. Mijały nas kolejne grupy biczowników, krew chlapała na prawo i lewo. W San Pedro de Cutud po raz dwudziesty ósmy ukrzyżowano tego samego Chrystusa. Ruben Enaje ma 54 lata i rolę Jezusa odegrał pierwszy raz po tym, jak przeżył upadek z wysokości trzeciego piętra z billboardu reklamowego w 1986 roku. Nie ma dziur na wylot w dłoniach, choć co roku przybijają go do krzyża. Widziałam, bo udało mi się jakimś psim swędem dostać na platformę policyjną, z której dwóch funkcjonariuszy patrolowało Drogę Krzyżową. Morze kolorowych parasoli chroniących przed jadowitym słońcem. Tysiące aparatów fotograficznych, kamer, specjalny sektor dla mediów i supernowoczesne filmujące wszystko z góry drony. Z mojej perspektywy w tle krzyży widać było zaparkowane w trzech rzędach, błyszczące w słońcu samochody – niezwykła alegoria współczeności. Obrzędy wielkopiątkowe kończą się tu około trzeciej po południu, bo po Rubenie krzyżują jeszcze dwóch innych Jezusów, a biczownicy ulicami Angeles City chodzą do późnych popołudniowych godzin, kiedy zastępują ich filipińskie anielice na Fields Avenue. Jest to chyba największy kontrast, jaki do tej pory udało mi się zobaczyć – pokuta, dewocja i fanatyczna wiara idąca ramię w ramię z lokalnym kurestwem. Fields Avenue należy do białych, knurowatych samców i chichoczących, rachitycznych dziewczynek, które trudno nazwać dziwkami, zważywszy na fakt, że wszystkie więcej mają w swojej aparycji z dziecka niż z dojrzałej kobiety. Biorą po 2000 peso za noc czyli 50 USD. Pecunia non olet – tu ta zasada sprawdza się zawsze. Kręci mi się w głowie od kurzu, słońca i braku snu. Przed nami Mindoro i rajski, obłędnie piękny Boracay – będzie czas by wypocząć, odespać i wygrzać się w piachu przed powrotem do domu.

 

Bali, Wyspa Bogów16 - 17 kwietnia 2014; Kuala Lumpur

Z Lombok do Kuala Lumpur przylecieliśmy późnym popołudniem. Lubię w tej części Azji sieciówkę Food Republic, którą znaleźć można nie tylko tu, ale także w Singapurze, Hong Kongu i Bangkoku. Mnóstwo budek z potrawami różnych kuchni – chińszczyzna, noddles, dania z woka, dania tajskie, malezyjskie, indonezyjskie, koreańskie i japońskie – ogromny wybór, przystępne ceny, pełny, autentyczny smak – nic dziwnego, że po raz kolejny właśnie tu spotykamy rodaków – samotnie podróżującą parę, mieszkajacą na co dzień w Kanadzie. Kuala Lumpur zwiedzamy z Ezy. Ma dużą wiedzę i fajnie opowiada. Na wgórzu, gdzie dziś stoi wieża Menara z obrotową restaurację bufetową i cykloramą miasta był kiedyś obronny fort, obsadzony ananasami. Brak butów powodował, że wzgórze było nie do zdobycia – krzewy ananasowe mają ostre, kolczaste kłącza. Do dziś nazywa się to miejsce Wzgórzem Ananasowym, a restauracja wieży Menara ma przypomnać kształtem owoc ananasa. Jedzenie mają wyśmienite a i widok przy dobrej pogodzie przyjemny. W Malezji za handlowanie narkotykami, podobnie jak w Singapurze, Indonezji i Tajlandii, grozi kara śmierci. Najwięcej prochów przywożą irańscy celebryci – aktorzy i sportowcy. Dziś kasę robi się na heroinie, a nie na cynie, jak kiedyś. To dzięki pewterowi stolica Malezji mogła szybko się rozwinąć. Ze stopu cyny, miedzi i antymonu do dziś w Royal Selangor wytwarza się piękną sztukę użytkową – ktokolwiek zaprojektował kieliszki do wina łącząc pewter i szkło powien dostać jakąś ważną, designerską nagrodę.

Batu Caves i światynia poświecona hinduskiemu bogowi Muruganowi, bratu Ganeshy, zrobiła na nas duże wrażenie, pomimo 272 schodów, które musieliśmy pokonać, by dostać się do przestronnej jaskini. Ogromny, pozłacany posąg Murugana jest uznawany za największy na świecie. Z hinduskiej świątyni pojechaliśmy do meczetu, bo to wyznawców Islamu jest w Malezji najwięcej. Po Masjid Wilayah Persekutuan oprowadzają przewodniczki – wolontariuszki, które indoktrynować próbują równie dzielnie, co panie roznoszące po domach czasopisma świadków Jehowy, tyle, że są mniej natarczywe, mają mniej lat i więcej wdzięku. Najwięcej radości i zabawy mieliśmy z przebierania się w odpowiednie szaty – każdy dostał długą koszulę przypominającą trochę kaftan z domu wariatów, dziewczyny dodatkowo chusty za głowy. Kolejną odmianę religijnego fanatyzmu zobaczymy jutro w San Fernando, tyle, że tym razem dotyczyć będzie ona kręgu kulturowego, z którego sami sie wywodzimy. Ostatnie chwile w Kulala Lumpur, przed wylotem do Manili, spędziliśmy na chińskim markecie sprzedającym stuprocentowo podrobione markowe torebki, zegarki i portfele. Jeden Rolex został nawet zakupiony!

 

Bali, Wyspa Bogów15 kwietnia 2014; Lombok

Poza miejskimi plażami i parkami pełnymi śmieci, Lombok okazał się w sumie bardzo fajną wyspą. Faktycznie nie widać tu za bardzo turystów, a Senggigit, gdzie nocowaliśmy, jest praktycznie jedyną miejscowością, gdzie znaleźć można nowoczesne resorty i eleganckie, gustownie urządzone restauracje. Jadąc na północ wzdłuż wybrzeża wiecej jest pustych plaż w niewielkich zatokach, więcej turkusu wody, więcej spokoju i harmonii. Na porannym targu w Tanjung kupiliśmy rambutany, duriany i słodką soję w strąkach. Bardzo prawdziwe miejsce – przekupki w muzułmańskich chustach, kosze z różnymi odmianami fasoli i ostrej papryki, świeże tofu, ryby, kałamarnice, zaprzęgnięte w drewniane wózki małe, silne konie, stada upierdliwych much i towarzyszące wiernie ludziom śmieci. Wędrówkę do Wodospadów Sendang Gile i Tiu Kelep zaczęliśmy w Senaru, ale po drodze złapała nas szalona, tropikalna ulewa, przed którą udało nam się schować w ruinie starej tamy. Najstarszy meczet na wyspie Bayan Beleq z XVI wieku okazał się słomiano-bambusową konstrukcją nijak nie przystającą do naszych wyobrażeń o świątyni. Nakarmiliśmy orzeszkami ziemnymi makaki (zakładam, że były to makaki, choć pewności nie mam, przewodnik twierdził, że są to po prostu małpy, a kiedy zapytałam o gatunek, to zirytowany powiedział "monkey, normal monkey") w lesie małp w wąwozie Pusuk Pass i przeszliśmy przez kolejną wioskę ludu Sasak. Biedzie wszędzie na świecie towarzyszą śmieci. I winić należy za to nie biedę ale masową produkcję, podyktowaną przez kapitalistyczne kraje Lepszego Świata. Kiedyś zamiast plastikowych opakowań, worków i siatek używało się liści bananowca i wyplatanych ręcznie koszyków. Dziś wszyscy w trzecim świecie chcą jeść plastikowymi sztućcami plastikowe dania z cudownej krainy, za jaką w wielu miejscach globu wciąż uważa się USA. Przerażające, smutne i nieuniknione. Ale, jak mówią w Eldorado - ignorance is bliss.

 

Bali, Wyspa Bogów14 kwietnia 2014; Lombok

Uciekliśmy od turystów do tak wyczekiwanego autentyzmu. I teraz mamy pewien dylemat, bo autentyzm w wydaniu indonezyjskim okazał się trochę kłopotliwy. Okazało się też, że brak turystów nie zawsze wpływa pozytywnie na atmosferę danego miejsca. Lombok w ponad osiemdziesięciu procentach jest islamski, a rozglądając się po okolicznych parkach i publicznych plażach, dałabym sobie rękę uciąć, że hinduski. Z lotu ptaka wyspa wygląda sielankowo – góry, rozległe ryżowe pola, niewiele miejskich zabudowań, białe, piaszczyste plaże. Lombok, który dziś widzieliśmy, tonie w śmieciach. I ku zgrozie niektórych – w toalecie brakuje papieru. Na przepięknej plaży Tanjung Aan, pomimo utrzymanej czystości, nie da się długo wysiedzieć – lokalne przekupki nie dają spokoju i nie przyjmują do wiadomości żadnych argumentów, ani tych z serii “nie mam pieniędzy”, ani tych “nie dziękuję, nie kupuję”. Siedzą na piasku i nawijają bez przerwy, by ostatecznie stwierdzić, że źli z nas turyści, bo nic nie kupujemy i nie chcemy się targować. Dzieci łatwiej opanować – Jurek S. mistrzowsko poradził sobie z trzema małymi, natarczywymi dziewczynkami sprzedającymi tandetne, chińskie bransoletki – zabrał je na spacer, nauczył jakiejś powtarzanej niby piosenki, a zaaranżowane w ten sposób przedstawienie zostało wystawione na plaży ku zaskoczeniu i radości widowni.

W wiosce Rambitan, należącej do rdzennej ludności Sasak było rewelacyjnie – wyplatane z trzcin i liści palmowych domy kryte suszoną, długą trawą, podłogi z gliny wymieszanej z odchodami wodnych bawołów, przypominające na pierwszy rzut oka kamienne posadzki, koguty hodowane do walki, tkane ręcznie obrusy, rzutniki i chusty, roześmiane dzieciaki uroczo pozujące do zdjęć. W Sukarara, wiosce prząśniczek i tkaczek, lokalny przewodnik zbyt nachalnie próbował sprzedać nam utkane cokolwiek w sklepie lokalnej kooperatywy, a w Parku Narmada, pałacu letnim byłego balijskiego króla, złapał nas tropikalny, intensywny deszcz. W świątyni Batu Bolong nad brzegiem Oceanu Indyjskiego, napotkaliśmy na hindusityczne modły i architekturę znaną nam już z Bali. Trochę mnie zmartwił nasz przedownik Udin mówiąc, że cała Indonezja jest raczej zaśmiecona i tylko Bali, jako turystyczna enklawa, stanowi jako taki wyjątek. Patrząc na potęgę śmieciuchów, ludzką bezmyślność i masową produkcję pusty śmiech mnie ogarnia na myśl o naszej upartej segregacji śmieci, godzinie ziemi i organicznych eko-uprawach. Świat w zatrważajacej większości żyje na fast foodach, plastiku i bylejakości. I w dużej mierze wynika to z biedy i braku edykacji w krajach trzeciej kategorii. Nie da się zrobić lepszego drugiego pierwszego wrażenia. Wierzę jednak, że ta wyspa ma ogromny potencjał, którego nie trzeba wykopywać spod sterty śmieci. I że zdążymy go jutro odnaleźć.

 

Bali, Wyspa Bogów12 – 13 kwietnia 2014; Bali

Mówią, że Bali to Wyspa Bogów. W pewnym sensie, tym lokalnym, rdzennym, na pewno tak. Cały ruch samochodowy może być tu zatrzymany, a w optymistycznej wersji, mocno opóźniony, przez odbywające się na środku skrzyżowania obrzędy religijne, mające na celu przepędzenie złych duchów, które kręcą się po okolicy, od czasów wypadku drogowego. Wypadku, który miał miejsce dwa tygodnie wcześniej. Przez dwa ostatnie lata wiele na Bali się zmieniło, to jedak – wiara w dobre i złe duchy oraz towarzyszące jej całe spektrum guseł, zabobonów, czarów i zaklęć - pozostało niezmienione. Wyraźnie mieszkają się tutaj dwa zupełnie odmienne światy – ten tradycyjny, spirytualny, w którym złym duchom składa się ofiary z grzesznych, szkodliwych rzeczy, takich jak papierosy, cukier i kawa, oraz ten, który bazuje na wszelakich używkach – świat młodych turystów spragnionych dobrej zabawy, słońca, magicznych grzybków halucynogennych i fal. Budują się nowe resorty, ekonomia wyspy rośnie na drożdżach turystyki. Bali jest modne. Są oczywiście fastfoody takie jak McDonald’s czy KFC, ale korzystają z nich tylko turyści. Dla Balijczyków amerykańskie specjały są po prostu za drogie.

Taniec Barong, który widzieliśmy pierwszego dnia, to taniec mający na celu pozbycie się czarnej magii; tradycyjnie wykonywany jest w środku nocy. Przypuszczam, że nikt nocą taką nie śpi, bo kakofoniczna muzyka towarzysząca przedstawieniu obudzi nawet umarłego. Filizofia hinduska na Bali zakłada, że do piekła i nieba idą wszyscy. Ci, którzy za życia dobrze się sprawowali idą najpierw do piekła, a potem na całą wieczność do nieba, złym pokazuje się najpierw niebo, a potem skazuje na piekło. Pojawiająca się w symbolice świątyń sfastyka oznacza świętość, pokój i harmonię. I nie jest oczywiście sfastyką, mającą tak negatywne konotacje w Europie i obu Amerykach tylko krzyżem, którego nazwa pochodzi z sanskrytu i oznacza „przynoszący szczęście”.

Jeśli ktoś myśli o Bali w kategoriach karaibskich plaż, niestety się rozczaruje. Tragedii nie ma, ale do naszej definicji czystości daleko. Nawet na Nusa Dua, gdzie wybudowano eleganckie, drogie resorty sygnowane przez Hayatt, Mercure, Mariott czy Sofitel, piasek upstrzony jest kolorowym plastikiem. Znacznie lepiej jest na publicznych plażach Jimbaran czy Dreamland Beach. Wszystko jest względne – masa ludzi potrafi całe swoje balijskie wakacje spędzić na miejskiej plaży w Kucie i świetnie się bawić.

Są trzy rodzaje ślubów na Bali. Pierwszy, to ślub przez porwanie, a zarazem protest przeciwko aranżowanym związakom. Kiedyś kawaler porywał pannę przerzucając ją sobie przez ramię i zanosząc do siebie. Dziś uprowadzeń dokonuje się przy pomocy motorynek. Drugi sposób to oświadczyny – ten jednak jest bardzo kosztowny, gdyż rodzice pana młodego muszą dwukrotnie ofiarować drogi prezent rodzinie panny młodej. I współcześnie nie wystarczą trzy krowy. Trzeci to ślub przez przypadek, czyli ciążę. W balijskiej kulturze związki pozamałżeńskie są nie do pomyślenia, a ludzie nie mogą zamieszkać ze sobą bez ślubu. Ta zasada jest oczywiśce regularnie łamana, a jeśli w takim związku na kocią łapę przypadkiem pojawi się dziecko – nie ma odwrotu, do ślubu dojść musi. Jeśli nie dojdzie, ojciec dziewczyny może zgłosić winowajcę na policję, a ten, gdy zostanie złapany, trafi prosto za kratki za unikanie odpowiedzialności. Na Bali każde dziecko ma matkę i ojca. Sposobów na uniknięcie wymiaru sprawiedliwości jest pewnie sporo, tyle, że od prawa można uciec wynajmując dobrego prawnika, a od karmy nie. Tu bardzo silną jest wiara w to, że wszystko wraca ze zdwojoną siłą.Więzi rodzinne są bardzo silne. Mężczyźni są odpowiedzialni za wszystkich krewnych, szczególnie syn za rodziców. Nie ma bezdomnych, a wiara w karmę sprawia, że Bali jest najbardziej bezpiecznym miejscem w Indonezji. Zachwycają mnie manulane talenty Balijczyków. Tu praktycznie każdy, gdy wróci z pracy w ryżowym polu, dla relaksu dłubie w kamieniu lub drewnie, coś produkuje, coś tworzy. Ze zbytem raczej ciężko, więc mijane wioski wyglądają jak przydrożne galerie dzieł sztuki.

Na koniec udało nam się zobaczyć wulkan Batur w całej okazałości, bo pogoda dopisała, a świątynia Besakih w zachodzącym słońcu, przystrojona na mające zacząć się następnego poranka siedmiodniowe święto, wyglądała zjawiskowo. Jutro Lombok i ucieczka od turystycznych tłumów.

 

Bali, Wyspa Bogów10 – 11 kwietnia 2014; Singapur - Bali

Singapur się rozrósł. Ukończono supernowoczesny projekt „Gardens by the Bay”. Eko-przyjazne drzewa wiekości wieżowców, zbudowane z betonu, stali i tysięcy grubych kabli tworzących gałęzie, mają wbudowane panele solarne, zbierają i magazynują deszczówkę, służą też jako wiszące ogrody. Podobno najlepiej wygladają nocą – nie sprawdziłam jednak tego tym razem, bo jakoś, po całym dniu nie miałam już energii wybrać się do centrum z Sentosy. Miasto jest w nieustającej fazie rozwoju, właściwie stanowi jeden, wielki plac budowy. W sierpniu przyszłego roku Singapur będzie obchodził okrągłą rocznię pięćdziesięciu lat istnienia, stąd juz teraz zaczęto mnóstwo inwestycji i przygotowań w kierunku obchodów narodowego święta.

Na wyspie Sentosa powstał ogromny Park Rozrywki z masą atrakcji, pięknymi piaszczystymi plażami (piasek z importu), darmową komunikacją i kilkoma wysokiej klasy resortami. Można się tu dostać zwykłą drogą, szybką koleją jub gondolą, prowadzącą na górę Faber. Góra Faber okazała się o tyle niezwykła, że na samym jej szczycie odkryliśmy, a właściwie Jurek odkrył, dzwon. Nic może by w istnieniu dzwonu nie było osobliwego, gdyby nie fakt, że dzwon ów wyryte miał w spiżu ”Dar Pomorza 1910”. Zachodziliśmy w głowę skąd polski dzwon znajazł się w Singapurze. Google prawdę Ci powie – dzwon został podarowany przez Polską Ambasadę jako Dzwon Szczęścia i zawieszony na górze Faber 30 sierpnia 2012. Żadnego przemytu, kradzieży, tajemniczej historii, znalezienia na dnie oceanu. Ot, zwykły gest przyjaźni. Po lunchu w japońskim bufecie i chaosie ulicznym głównej arterii miasta Orchard Street, w drodze do Ogrodu Botanicznego, zaczęło lać. Tak się jakoś utarło, że kiedy tylko ruszamy w kierunku ogrodu niebo się urywa. Rio de Janeiro, Fidżi, Singapur, Indonezja – jakieś zaklęcie musi chyba nad nami ciążyć. Orchidee po deszczu wyglądają bajkowo, a powietrze jest nabrzmiałe od tlenu i zieloności. Po nagromadzeniu betonu ostatnich dni dobrze nam zrobił spacer po ogrodach. Zrobiliśmy też obowiązkowe zdjęcia pod Merlionem – pół lwem pół rybą, symbolem miasta-państwa i nieobowiązkową, ale bardzo przyjemną, przejażdżkę łodzią po rzece.

Na Bali też sporo zmian – nowe lotnisko, na którym wszystkie procedury imigracyjne idą szybko i sprawnie, nowa droga przez wodę z Kuty w kierunku Nusa Dua, jeszcze więcej, niż dwa lata temu, turystów. Deszcze w górach tak samo ulewne. Światynie niezmiennie urzekające. Balijskie tańce równie niezrozumiałe, z muzyką raniacą uszy dziką kakofonią bębnów, młotków i strunowych jęczałek. Zajrzeliśmy do świątyni królewskiej radża Mengwi Pura Taman Ayun, otoczonej szeroką fosą, (z 1634 roku), z tradycyjnym balijskim układem architektonicznym, zawierającą trzy oddzielne miejsca modlitw na otwartym powietrzu i wiele struktur przypominających pagody, tu nazywane meru. Powulkaniczne, utworzone w kraterze, jezioro Beratan zasłynęło dzięki świątynii poświęconej Dewi Danu - balijskiej bogini jezior i rzek. Tu dopadł nas deszcz. I nie puścił przez kolejne trzy godniny. W Jati Luwih, gdzie znajdują się największe pola ryżowe Azji, uznane przez UNESCO za miejsce wyjątkowe dla kultury krajobrazu, nadal padało. Dopiero gdy zjechaliśmy niżej, w bardziej nadmorskie klimaty, deszcz gdzieś zniknął. Tanah Lot to formacja skalna oraz jedna z siedmiu świątyń morskich Bali. Nazwa „Tanah Lot” dosłownie oznacza „Ląd w morzu”. Legenda głosi, że świątynia zbudowana została około XV w. z inicjatywy hinduskiego kapłana o imieniu Nirartha, który spacerując po wybrzeżu zauważył skalną wysepkę w morzu i postanowił tam odpocząć. Następnego dnia powiedział miejscowym rybakom, by wybudowali świątynię, która stanie się miejscem czczenia balijskich bogów morza. Ze środka świątyni wybija źródełko słodkiej wody z oceanu. Próbowałam, nie jest słona. Akurat był odpływ, łatwo więc było przejść świątyni, gdzie każdy mógł oddać się balijskiemu rytuałowi – napić się czarodziejskiej wody, czoło umazać ryżem i wrócić z kwiatkiem za uchem na stały ląd. Zachód słońca musiał być spektakularny w jakiejś części świata – u nas schował się w chmurach. A jutro na plażę!

 

Bali, Wyspa Bogów8 – 9 kwietnia 2014; Macau – Singapur

Doszłam właśnie do tego momentu, w którym senność bierze górę nad każdym możliwym zmysłem. Mieszanka jet lagu, niedoboru snu, wilgotności powietrza i dzisiejszej gonitwy, powoduje wrażenie, że zaraz zaziewam się na śmierć. Od rana wszystko układało się tak, jakbym wygrała casting do chińskiej wersji „Amazing race”. W skrócie – Chińczycy doszli do wniosku, że jeżeli przyleciałam do Hongkongu inaczej niż cała grupa, również inaczej z niego wylecę. Podczas gdy wszyscy oddali bagaże na samolot do Singapuru już na promie w Macau i płynęli prosto na terminal, ja musiałam z całym majdanem płynąć do centrum Hongkongu, łapać taryfę, pędzić na lotnisko, a po przylocie do Miasta Lwa zmienić terminale, bo moje tanie tygrysie linie lądowały zupełnie gdzie indziej niż Cathay Pacific. A jednak udało się mnie (zdążyć), a nie Chińczykom (wyprowadzić mnie w pole). Udało im się natomiast wyprodukować wysokiej klasy sztuczną mgłę, która osnuła całą okolicę. Z wieży Macau, gdzie wyjechaliśmy na lunch, widać było jedynie majączące w dole zarysy betonowej dżungli. Ale w sumie i tak pochłonęła nas konsumpcja wymyślnych, bufetowych dań, więc świat za oknem miał pomniejsze znaczenie. Wczoraj rano przeleciała rzęsista ulewa, ale podczas naszych spacerów po mieście nie spadła kropla deszczu. Gdyby nie Portugalczycy i te ich wszystkie detale, smaczki, nazwy ulic i azulejos, zdobiące fasady budynków, Macau nie miałoby tak niepowtarzalnego klimatu. Tu łączy się artyzm europejskich kolonizatorów z chińskim plastikiem, tu echo fado przeplata się z papierosowym dymem umykającym z trzypiętrowych kasyn bez okien i zegarów. Szczytem kiczu okazało się główne lobby MGM Hotel & Casino, gdzie atrapy portugalskich kamienic połączono z cukierkowym, bajkowym ogrodem z dmuchanego szkła i potężnym akwarium w kształcie tuby, pełnym przedziwnych ryb. Przegrałam wieczorem stówę w Grand Lisboa na drugim piętrze, na maszynie, w której spodobały mi się obrazki żółwi na szczęście. Stówę w dolarach hongkongskich, czyli jakieś trzynaście USD. Podczas spaceru od ruin kościoła św.Pawła do placu Largo de Senado degustowaliśmy wszystkie możliwe przysmaki sprzedawane w małych, ulicznych sklepikach. Asortyment wybuchowy – ciastka, cukierki i nasze ulubione imbirowe galaretki z wiórkami kokosowymi, w połączeniu ze sprasowanym w spore płaty, świecącym tłustawo mięsem. Nie ma mocnych – co kraj to obyczaj. W chińskich kasynach w Macau można palić. Wszyscy Chińczycy palą, ale o dziwo – nikt nie pije. To nie Vegas. Tu się przychodzi wygrywać, a nie imprezować i tracić głowę, jak stwierdziła Willma, nasza przewodniczka. Jednak minęła się z prawdą i to poważnie – kasyna Macau przynoszą największy dochód wśród wszystkich kasyn świata, czyli odsetek przegrywających musi być porażający. Wiara w szczęście i pieniądze w chińskiej kulturze jest niesamowita. Wszystkie obrzędy, gusła i zabobony odprawiane w świątyni Kun Iam (boginii miłosierdzia) mają zapenić wiernym... wygraną w kasynie. Naprawdę. Nawet ceremonia energicznego pocierania uszu miedzianej misy z wodą ma na celu sprowadzenie szczęścia i uśmiechu fortuny. Chińczycy jednak w końcu zaskoczyli nas dziś pozytywnie. Już w Singapurze, po przylocie i popołudniowej wizycie na tarasie widokowym Marina Bay Sands, przejechaliśmy do chińskiej dzielnicy. Czysto, schludnie, bardzo kolorowo, piękna świątynia, odmalowane, klimatycznie kamienice, stragany z całkiem ciekawymi pamiątkami, choć wciąż oczywiście made in China. Jak to możliwe? Ano tak, że w chińskiej dzielnicy nie mieszkają już żadni Chińczycy :-). Zdziwiła nas też inna rzecz – śmieci na trawnku. ŚMIECI na trawniku w Singapurze!! Ana , która odkąd pamiętam bezskutecznie szuka męża, stwierdziła, że żyją tu przecież ludzie, a ludzie śmiecą. Może to i naturalna kolej rzeczy, ale znacznie zaburzyła naszą wizję najczystszego miasta świata. Kuchnia na szczęście się nie zmieniła – jedzenie w Singapurze jest wybitne – mieszanka wszystkiego co najlepsze w kuchni azjatyckiej okolicznych państw. W Food Republic, gdzie jedliśmy kolację, spotkaliśmy polskie małżeństwo z Niemiec – on na dziewięciomiesięcznym kontrakcie, ona na dwumiesięcznych wakacjach – ledwo co tydzień temu przyjechali, już chcieliby zostać na zawsze. Jest coś w tym mikropaństwie, co powoduje, że obcokrajowcy dobrze się tu czują. I nawet dziwaczne, bardzo rygorystyczne kary finansowe nikomu nie przeszkadzają tu żyć i oddychać.

 

Bali, Wyspa Bogów7 kwietnia, 2014: Hong Kong – Macau

Dopiero 16 godzin lotu uświadamia, jak ogromny jest świat. Lądujemy w Hongkongu, jeden dzień przepada gdzieś w niebycie umowności czasu. Lubię ten moment, gdy samolot ląduje, a pasażerowie przechodzą przez rękaw na terminal. Rękaw. Magicznie miejsc, gdzie przez ułamek sekundy poczuć można temperaturę i wagę powietrza – jest duszne i ciężkie – w końcu udało się uciec od zimy. Na lotnisku czeka Martin. Fajnie po porzylocie zobaczyć znajomą twarz – pracował z dwoma poprzednimi naszymi grupami w Hongkongu. Jedziemy na Promenadę Gwiazd. Niebo straszy deszczem. Centrum rozkopane – w budowie superszybki pociąg do Chin kontynentalnych. To jedna z pierwszych historii, które wyłaniają się z ciężkiej, lepkiej, miejskiej mgły – Chińczycy. Plaga współczesnej Azji (i chyba nie tylko Azji). Bo Chińczyka z Chin od Chińczyka z Hongkongu należy rozróżniać. Podstawą jest tu kultura osobista. Chińczycy z Hongkongu (oczywiście pod warunkiem, że nie są nowymi emigrantami z Chin kontynentalnych, a tych każdego tygodnia napływają setki) nie plują. Nie charczą, nie smarkają w restauracji ani w transporcie publicznym. Nie śmiecą. I nie rozpychają się wszędzie łokciami. Chińczycy z Hongkongu są lepiej wykształceni, ale wyspiarskie kobiety są ponoć brzydsze niż te z lądu. Martin twierdzi, że są za chude, bo nie chcą wychodzić grubo na zdjęciach i ciągle eksperymentują z nowymi dietami. Wszyscy Chińczycy natomiast, nie ważne skąd pochodzą, są na pewno jednakowo głośni. Dyskutują, wrzeszczą, pokrzykują, szeleszczą do późnych godzin nocnych. Hongkong szybko nie zasypia. Mało kto gotuje w domu, większość młodych ludzi je w restauracjach, nikomu nie chce się wracać do pokoju o wymiarach 5,5m2, do mieszkania o powierzchni średnio 43m2, gdzie żyje często cała rodzina i na kuchnię zwyczajnie nie ma miejsca.

Na Victoria Peak mgła trochę opada, w dole majaczy betonowa dżungla. W poniedziałkowy poranek niewielu tu turystów. Dziś zaczynają się duże, międzynarodowe targi branży IT – miasto żyje czym innym. Na Stanley Market wsuwamy zupy z dim sum, chińskie kluski i bok choy gotowany na parze. Kelnerzy uwijają się przy zamówieniach na wynos i nie są nazbyt mili. Na targu spokojnie, kilku białych turystów w morzu chińskiego badziewia. A jednak i tu można znaleźć kilka skarbów. W pływającej wiosce Aberdeen, podczas krótkiej przejażdżki łodziami nazywanymi sampan, obok drogich, eksluzywnych jachtów zacumowanych w marinie widzimy pływające domy – barki – w jednym trzy szczeniaki, w drugim donice z kwiatami na niby-parapecie, w trzecim samotny, czarno-biały kot leniwie myje sobie pyszczek. Ktoś czyści rybackie sieci, ktoś siedzi nieruchomo na rufie i pali papierosa. Chińćzycy dużo palą. W każdym hotelu jest przynajmniej jedno piętro z pokojami dla palących. Piętro osnute siną mgłą dymu. Robimy zdjęcia na lokalnym targu spożywczym na Kowloon, próbujemy targować się przy kupnie jadeitu, ale nie specjalnie nam to wychodzi – wychodzi za to zmęczenie po tylu godzinach lotu i przesunięciu czasu o dwanaście godzin do przodu. Nie wiem w sumie, o co chodzi z tym chińskim jadeitem, mnie się zupełnie nie podoba, wygląda jak tandenty, zielony plastik. Szybki prom do Macau płynie godzinię. Prom należy do Stanleya Ho, lokalnego magnata. Do Staleja Ho należy większość kasyn w Macau (przez 40 lat był monopolistą azjatyckiego hazardu) i kilka lukratywnych biznesów w Chinach, Portugalii, Północnej Korei, Wietnamie, na Filipinach, w Mozambiku i Timorze Wschodnim oraz siedemnaścioro dzieci i cztery żony, z których najmłodsza niedawno przekroczyła pięćdziesiątkę. Sam Król Hazardu w tym roku skończy 93 lata. Meldujemy się w hotelu Lisboa przynależnym do najstarszego kasyna na wyspie – pierwszego złotego dziecka Stanleya. Te wszystkie hongkongskie dolary pójdziemy przepuściś jutro – teraz azymut na łóżko.

 

Bali, Wyspa Bogów6 kwietnia 2014: Toronto – Hong Kong

Boeing 777 stoi na pasie startowym. Pasy zapięte, siedzenia w pozycji wertykalnej, stoliki złożone. Urządzenia elektroniczne przełączone na airplane mode. To nowość, wprowadzona kilka miesięcy temu. Jedna piąta samolotu gra w crush candy saga, reszta słucha muzyki albo czyta e-booki. Nikt z nikim nie rozmawia. Tak będzie przez wszystkie szesnaście godzin lotu do Hongkongu. Jedyne słowa jakie padną, wypowiedziane cicho i nieśmiało przez pasażerów siedzących przy oknie i w środku to – przepraszam, muszę iść do toalety. Samolot jest pełny. Obsługa ani miła ani niemiła. W pełni zautomatyzowana. Trudno wymagać indywidualnego podejścia do klienta, kiedy trzeba dwieście siedemnaście razy powtórzyć „omllet or noodles?”. Pamiętam tamte czasy, kiedy w przedziale wszyscy świetnie się znali, zanim pociąg ruszył ze stacji, a u końca podróży trudno było się rozstać. Im bardziej popularne, masowe wręcz, stało się podróżowanie, tym więcej wkradło się anonimowości i wyobcowania. Czytam (niestety) skład „sałatki owocowej”, którą dostałam w zamówionym wcześniej wege zestawie. Obok ananasów, gruszek i brzoskwiń sałatka składa się z cukru, syropu kukurydzianego i kilku innych składników, których właściwości szukać należy na tablicy Mendelejewa. Samolot jest dłuższy niż pływacki basen olimpijski. Patrzę na obce, w znacznej większości chińskie, twarze dookoła i jedyne, co przychodzi mi do głowy, to piosenka Pink Floyd - All in all you're just another brick in the wall. Te słowa będą jeszcze wielokrotnie odbijać mi się echem, bo nigdzie tak jak w Chinach, człowiek nie czuje się małą, niewiele znaczącą cegłą w ogromnym murze ludzkiego istnienia.